Wszystko zaczyna się w nas.

w nas

Czasami tak się błąkamy po życiu i myślimy sobie, że gdyby tak wydarzyło się to czy tamto to zrobiłbym to czy tamto, miałbym więcej, byłbym kimś innym, bardziej szczęśliwym, bardziej spełnionym. Albo gdyby nie było tak jak jest, to byłoby więcej możliwości, czasu, pieniędzy, by coś zrobić. A gdyby tak odwrócić nasz sposób myślenia i zobaczyć, gdzie to wszystko się zaczyna…?

Głęboko, głęboko w nas, pod powierzchnią codzienności, myśli, słów, a nawet czynów, jest takie miejsce, do którego nikt nie dociera – nikt z zewnątrz. Dotrzeć tam możemy tylko my sami – czasami świadomie, a czasami nieświadomie. To miejsce jawi mi się jako pewnego rodzaju rdzeń, coś silnego i niezwykle stabilnego, a jednocześnie delikatnego i kruchego. To miejsce, w którym pulsuje sedno naszego życia, naszego istnienia.

Życie we współczesnym świecie nie sprzyja docieraniu do tych głęboko osadzonych pokładów własnej osoby. Tak naprawdę dociera tam tylko niewielu, a tymczasem właśnie tam wszystko się zaczyna – głęboko wewnątrz nas.

Właśnie tam początek ma każde zdarzenie, myśl i słowo. To co dobre i złe, chciane i niechciane, wymarzone lub wyparte. Właśnie tam początek swój biorą nasze dążenia oraz ograniczenia. Tak naprawdę wewnątrz nas zaczyna się każda życiowa misja, każda rola, którą zdecydujemy się pełnić, każde działanie, które podejmiemy i każdy czyn, którego dokonamy.

Chodząc po ścieżkach życia często nie rozumiemy tego, co nas spotyka. Czasami uciekamy od tych zdarzeń. Zrzucamy winę na los, Boga, innych ludzi. Kiedy ktoś czegoś wspaniałego dokona mówimy: „udało mu się!”. Kiedy coś się sypie mówimy: „to wszystko przez A…B lub C!”

Ale kiedy wkraczamy na drogę bardziej świadomego kształtowania naszego życia zaczynamy widzieć i rozumieć związek pomiędzy tym, co na zewnątrz, a tym, co w środku. Żaden pomysł nie urzeczywistni się, jeśli nie zaistnieje najpierw wewnątrz nas. Ci, którzy krzywdzą innych też byli kiedyś skrzywdzeni i ta krzywda w nich siedzi. Ci, którzy pomagają innym, mają przede wszystkim mnóstwo empatii i akceptacji dla siebie. Ci, którzy odnoszą sukcesy czują je najpierw całym swoim sercem i wiedzą, że muszą słuchać wewnętrznego głosu, który nie pozwala im się poddać.

Kiedy wkraczamy na drogę bardziej świadomego kształtowania naszego życia zaczynamy widzieć i rozumieć, że znaczenie ma nie tylko to, co mówimy o innych, ale ogromną moc mają słowa, które mówimy o sobie i swoim życiu. Gdy powtarzasz, że „jesteś do d…”, albo że „nic ci się nie uda”, a twoje życie to pasmo pomyłek – nie spodziewaj się rychłego sukcesu. Gdy zaczynasz bardziej lubić siebie, doceniać, akceptować, a o swoim życiu opowiadasz dobrą historię, roztaczasz wokół siebie atmosferę potrzebną, by wzrastać.

Można się śmiać z tej teorii, można jej nie wierzyć, ale można też spróbować i zobaczyć co się wtedy stanie. A zapewniam Cię, że zaczną się dziać rzeczy dobre, czasami nawet takie, które trudno wyjaśnić.

Wszystko zaczyna się w nas, jednak nie oznacza to, że nad wszystkim mamy kontrolę. Co to, to nie. Ale mamy wybór: nastawienia, myśli, słów, ścieżek, którymi chcemy się poruszać. Nawet, gdy sytuacja jest patowa mamy wybór tego, co sobie wtedy myślimy i co do siebie lub naszych bliskich mówimy. Nie wszystko, co nas spotyka w życiu jest tym, czego chcemy, ale niemalże wszystko jest tym, czego potrzebujemy, choć możemy tego nie rozumieć.

Wszystko zaczyna się w nas, ale żeby tam dotrzeć, trzeba trochę wysiłku i pracy. Jednak odkrycie drzemiących w nas pokładów jest warte swojej ceny. Pozwala nam się uwolnić od tego, czego nie chcemy i zmierzać tam, gdzie chcemy dotrzeć. Pozwala nam stworzyć najcenniejszy obraz na świecie – obraz naszego upragnionego życia.

W zgodzie ze sobą.

Co to w ogóle znaczy żyć w zgodzie ze sobą? Czy w dzisiejszych czasach możemy dokładnie rozpoznać, co jest tylko nasze własne, a co przyswoiliśmy nieświadomie?

W ZGODZIE ZE SOBĄ

Kilka dni temu jedna z moich przyjaciółek napisała do mnie, że od stycznia odrzuciła już kilka propozycji współpracy, bo zdecydowała się rezygnować z ofert, których z jakiegoś powodu nie czuje. Napisała, że w ten sposób chce zbudować nowe życie, prawdziwsze, może mniejsze, ale jej własne. Jakże ja szanuję jej wybór i odwagę, by tak postąpić.

Życie po swojemu to wymagająca droga, zwłaszcza dziś, kiedy stajemy się niewolnikami kredytów hipotecznych, przeróżnych umów, a nawet ramek społecznych, do których powinniśmy się dopasować.

Weźmy na przykład trend kreowania się na eksperta. Przeczytajcie kilka artykułów o budowaniu marki osobistej, a pewnie w co drugim, jeśli nie w każdym, pojawi się „wskazówka”, byście budowali swoją eksperckość. Kilkanaście lat temu namawiano nas w podobny sposób, byśmy kształcili się na magistrów. Dziś mamy społeczeństwo sfrustrowanych magistrów, których zacny tytuł naukowy pogrzebany został na głębokim dnie szuflady, a oni sami albo nie pracują w zawodzie, albo zasilają emigracyjne szeregi. Fizjoterapeutka w księgowości, czy absolwentka bezpieczeństwa narodowego w teatrze to wcale niewyszukane przykłady. Takie „pomysły” nie pojawiają się jednak w społeczeństwach same, takie pomysły kreuje się, a potem przemyca do odbiorców podświadomymi kanałami. W marketingu jest taka zasada, że reklama staje się skuteczna jeśli jest powtórzona przynajmniej trzy razy, a w życiu jest takie powiedzenie, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.

Czy jesteśmy w stanie odróżnić naszą i tylko naszą prawdę od „prawd”, które przyswajamy?

Myślę, że tak, ale potrzebna jest do tego świadomość siebie i uważne obserwowanie otoczenia, a i to nie daje gwarancji.

Jako mama czternastomiesięcznej Iskierki skończyłam projekty, nad którymi pracowałam, a na horyzoncie nie było wtedy perspektyw współpracy, w związku z wyprowadzeniem się ze Stolicy. Przez rok, cały rok, toczyłam walkę, dziką szamotaninę, ze sobą i ze światem czując, że chcę pracować, że potrzebuję też rozwijać siebie, że macierzyństwo to nie wszystko, że potrzeba mi spełnienia zawodowego, by być naprawdę szczęśliwą. Motałam się okrutnie, bo z jednej strony chciałam pracować, a z drugiej strony czułam, że wcale nie chcę gnać w kierunku „mam sukcesu”, a wychowanie dziecka po swojemu jest dla mnie jednym z priorytetów. I po tym roku pewnego dnia obudziłam się i wiedziałam po prostu, że pragnienie realizacji aspiracji zawodowych za wszelką cenę nie pochodzi ode mnie. Wtedy odpuściłam i wtedy wszystko zaczęło się układać. Ja się uspokoiłam, dziecko się uspokoiło, mój mąż się uspokoił, a życie odzyskało swój dawny smak. I zaczęło biec w nieznanym mi dotąd kierunku.

Życie w zgodzie ze sobą to czucie siebie. Wszystko zaczyna się w sercu, które wie, co dla nas najlepsze i podpowiada nam to niejednokrotnie poprzez ciało oraz emocje, które towarzyszą nam w związku z różnymi aktywnościami, ale czy my – homo sapiens XXI wieku – słuchamy naszego ciała? Czy pomimo, że ściska nas w klacie, zostajemy po godzinach na „prośbę” szefa, bojąc się utraty posady? Bo przecież mamy kredyt, rodzinę i pewien status społeczny, którego utracić nie chcemy. Czy pomimo frustracji brniemy dalej w projekt, który powinniśmy porzucić po tygodniu, bo nie dostaniemy pozytywnej rekomendacji? Takich przykładów jest wiele, wiele więcej, ale nikogo nie chcę oceniać, bo sama nie raz to przerabiałam i wiem, że nie mam podstaw by oceniać jakiekolwiek decyzje czy wybory innych ludzi.

Chcę natomiast powiedzieć, że jakkolwiek to trudne obecnie, to da się żyć w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami. Ja wciąż się tego uczę. Prędzej czy później także ludzie z otoczenia zaczynają dostrzegać i szanować taką postawę, choć z początku mogą myśleć, że to szaleństwo. Na początku związku mój mąż powiedział do mnie kilka razy „bo ty za dobra jesteś, a tak się nie da w tych czasach, musisz to zrozumieć”, dziś mówi do mnie „dobrze, że wiesz czego chesz i trzymaj się tego, tylko nie odpuszczaj”.

Ja ustawiłam już swój wewnętrzny kompas i dość trudno na mnie wpłynąć. Nawet jeżeli coś lub ktoś na mnie oddziałuje i tak filtruję po trzykroć wszelkie sugestie. Nie potrafię poddać się ludziom czy okolicznościom, które do mnie nie pasują. Szukam innych rozwiązań. I tak jak każdy popełniam błędy, czasami się zagubię, ale wracam… zawsze wracam do siebie.

By wszystkie drogi prowadziły Cię do Ciebie samej/samego,

Justyna

Siła jest w nas! O realizacji marzeń, macierzyństwie, kryzysach i sukcesach – rozmowa z Joanną Sieradzan.

Joanna Sieradzan – kobieta wielu talentów. Od dwóch lat mama. Designer, tancerka, przedsiębiorca. Właścicielka ekskluzywnej marki mebli Svarog. The exquisite furniture oraz SiaSie Design. Rozmawiamy o pasji, spełnianiu marzeń, przeciwnościach losu, kryzysach, macierzyństwie i celach na nowy rok.
wywiad z Asią Sieradzan
Joanna Sieradzan

Ja: Asiu, reprezentujesz swoją osobą wiele talentów artystycznych w różnych dziedzinach. Czy od zawsze wiedziałaś, co chcesz w życiu robić?

Joanna: Jak byłam mała chciałam być obraniaczką zwierząt. (śmiech) A tak na serio, od zawsze moje marzenia oscylowały wokół tematów artystycznych. Od dziecka chciałam zajmować się teatrem i tańcem. Marzyłam o tym i to marzenie spełniło się, ale na ten moment postanowiłam je osadzić głównie w strefie hobbystycznej. I myślę, to dobrze, że tak się stało. Jak byłam młodsza to myślałam sobie, że ludzie sztuki to są totalni krejzole, a szczególnie ci z Akademii Sztuk Pięknych. Potem trafiłam na Akademię  w Warszawie i to mnie płynnie pokierowało do projektowania mebli. Skończyłam wystawiennictwo, ale zakochałam się  właśnie w meblu.  Wystawiennictwo dało mi w życiu bardzo dużo doświadczenia. Ale tak naprawdę bardzo naturalnie przyszło do mnie projektowanie formy, nowych rzeczy.

Ja: A co z tańcem? Nadal tańczysz czy tylko przy okazji?

Joanna: Tańczę nadal i mam nadzieję, że będę tańczyć. W pewnym momencie mojego życia miałam ogromną potrzebę rozwijania tych dwóch pasji równolegle. Na studiach zaczęłam dużo tańczyć. W pierwszym teatrze próby mieliśmy pięć razy w tygodniu od 22 do 24:30 i te zajęcia były bardzo angażujące i bardzo mnie rozwijały. A do tego wiele godzin treningów tańca, jogi, które ćwiczyły sprawność, ciało. Po kilku latach pozwoliły mi wejść na bardziej profesjonalny puap. Doszłam więc do tego z zupełnie innej strony, bo nie kończąc szkoły, tylko przez poświęcenie czasu, godzin praktyki. Okazało się, że to dziecięce marzenie udało mi się zrealizować, bardzo się cieszę, że w taki sposób, na okrętkę. A potem zostałam mamą i wyklarowało się co jest moim rdzeniem zawodowym, a co pozostaje w sferze hobbystycznej, bardziej dla mnie. Ale taniec nadal jest i mam nadzieję będzie.

Ja: Rozumiem. Warto wspomnieć, że będąc w ciąży zrealizowałaś jeszcze spektakl taneczny.

Joanna: Tak, to było cudowne. To było w ogóle moje marzenie. Spektakl One(o) zrealizowałyśmy z Pauliną Święcańską. Paulina zaprosiła mnie do współpracy, po tym, jak spotkałyśmy się na zajęciach. Widziałam, że Paulina na mnie zerka, coś się kroi. To było dla mnie przepiękne doświadczenie, że mogłyśmy wtedy tańczyć z Sewerynem w brzuchu. Ponadto będąc w ciąży zrealizowałam z moim partnerem – Filipem – taneczny projekt filmowy. To były fantastyczne doświadczenia i mam nadzieję, że jeszcze mi życie i czas pozwoli tańczyć.

Ja: A po narodzinach Seweryna taniec wciąż jest obecny w Twoim życiu, czy to już tylko w formie zajęć dodatkowych?

Joanna: Jak się Seweryn urodził to na początku tańczyliśmy bardzo intensywnie. Zrealizowaliśmy prawie półroczny projekt. Seweryn także wystąpił w tym spektaklu. Miał jedną z głównych rół. Był to spektakl „Drzewo Życia”, do którego zaprosiła nas Paulina Święcańska. Fabuła spektaklu była podzielona na pory roku. Seweryn i ja występowaliśmy w części „Lato” i właśnie była to część poświęcona macierzyństwu, gdzie mieliśmy cały swój przebieg ruchowy. Bardzo piękne przeżycie. Występowaliśmy na scenie, ale też nagrywaliśmy plenerowy film na łące. Całe to przedsięwzięcie pokazało mi, że będąc mamą także dużo mogę, że życie nadal trwa, a pasję mogę realizować wspólnie z dzieckiem i zorganizować się tak, by móc podołać wszystkim zadaniom. To jest też mój cel, żeby znajdować dla siebie czas i wciąż tańczyć, bo także Seweryn z tego skorzystał.

Asia Drzewo Życia
„Drzewo Życia” fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Bo ruch i taniec są chyba naturalne dla dzieci?

Joanna: Tak, to jest bardzo naturalne, ale też fajne jest to, że wszędzie tam, gdzie jest mama i bezpieczeństwo dzieci także świetnie się odnajdują – nawet w niecodziennych okolicznościach.

Ja: Wracając teraz do Twojej drugiej pasji. Skąd wziął się pomysł na stworzenie marki Svarog? Meble te są niezwykle oryginalne i odważne.

Joanna: Svarog zrodził się bardzo naturalnie. W moim życiu rzeczy dzieją się płynnie, przechodząc z jednej do drugiej. Svarog – nazwa firmy – pochodzi od imienia jednego z bóstw słowiańskich, właśnie Swaroga, boga ognia. Mitologią zainteresowałam się jeszcze na studiach, gdzie zrealizowałam dyplom z mitologii słowiańskiej i bardzo mnie to pochłonęło. Te motywy słowiańskie są bardzo mocno zakorzenione w naszej kulturze, społeczeństwie, a nawet religii, ale tak naprawdę nie dostrzegamy tego. Przyzwyczailiśmy się, że są pewne wzorce, ale nie wiemy skąd one wynikają. Zaczęłam to drążyć, zaczęło mi się to przenikać w różnych strefach życia, a że od zawsze wszelkie motywy z baśni i natury były mi bliskie, to w pewnym momencie zaczął mi się pojawiać pomysł projektowania mebli. Wtedy jeszcze pracowałam w wystawiennictwie. Pierwszym moim projektem był fotel Wilk. Później pojawiły się kolejne, a także pomysł na nazwę marki/firmy. Moje projekty są dość nietypowe, ale chciałam żeby były czymś więcej niż tylko meblem, obiektem użytkowym. Chciałam żeby stały się pewnego rodzaju wzbogaceniem wnętrza.

wilk i ptak
Fotel WILK/lampa wisząca KRUK fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Może żeby były formą artystycznego wyrazu…?

Joanna: Też. Na pewno to są meble dla osób, które albo się w nich zakochają albo stwierdzą, że to jest zupełnie nie dla nich.

ptak
Lampa wisząca KRUK  fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Asia, a co jest Twoją największą pasją dziś i co Twoim zdaniem może stać się nią w przyszłości? Jest coś takiego?

Joanna: Dużo się zmieniło od kiedy jestem mamą, bo macierzyństwo pozwoliło mi się skondensować w moich dążeniach, które kiedyś były bardzo szerokie, bo był taniec, był performance, była praca, było wszystko na raz. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu i oddawałam się moim zainteresowaniom. A teraz okazało się, że muszę dokonać wyboru, czemu chcę się poświęcić. Pojawił się design – bardzo intensywnie, rozwój Svarog’a, rozwój w projektowaniu. Okazało się, że to było i  jest moją największą pasją. Największą radość sprawia mi projektowanie formy, kiedy mogę tworzyć, realizując swoje pomysły.  Drugą kwestią jest rysowanie, stworzyłam projekt SiaSie. Zaczęłam rysować dla siebie, bo chciałam rysować więcej i znów stało się to naturalnie. Chyba to tak jest, że to, co jest w sercu to w pewnym momencie nie może tam dłużej siedzieć i musi się wydobyć.

svarog
Fotel JELEŃ

Ja: Czyli jednak droga serca, nie rozumu?

Joanna: Stety i niestety tak.

Ja: Co jest dla Ciebie najważniejsze w realizacji kolejnych celów? Jakimi wartościami kierujesz się, dokonując wyborów?

Joanna: Kiedyś miałam tak, że było to związane z realizacją siebie i swoich pasji. Teraz uległo to przewartościowaniu przez rodzinę, bliskich, przez synka. Chcę żeby realizacja pasji szła w parze z możliwością utrzymania się i zapewnienia nam godnego życia. Teraz dużo bardziej realnie patrzę na życie i uwzględnienie tego materialnego wymiaru w procesie tworzenia stało się też dla mnie bardzo ważne. Podejmując decyzje dotyczące kolejnych działań staram się zachować równowagę pomiędzy tym, co daje mi radość, a satysfakcją finansową, szukam kompromisów. Wierzę w to, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, dlatego staram się zadbać o siebie we wszystkich sferach. Patrząc globalnie – projektując mam też na uwadze, aby moje prace, moje projekty: meble czy rysunki, wzbogacały czyjeś życie tą artystyczną formą, by nie tylko były funckjonalne, ale też wnosiły do życia odbiorców coś więcej. Wkładam w to serce.

Ja: Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?

Joanna: Ojeej… Z tych rzeczy tanecznych. Po latach bardzo doceniam pracę w teatrze Linia Nocna, o którym dziś już mało kto pamięta. To była grupa, która zajmowała się improwizacją, jakieś osiem lat temu. Wtedy jeszcze prawie nikt nie słyszał o improwizacji. Prowadził go Piotr Filanowicz. To był teatr, który zbierał pieśni ludowe, polskie. Teatr, który opierał swoją działalność na podstawach Grotowskiego, prawdziwym i intensywnym byciu. Przeplatało mi się to w życiu. To bardzo pięknie zaowocowało. Czuję, że to było dla mnie ważne. Ukształtowało to dodatkowo mnie, już jako osobę dojrzałą. To był czas kiedy wchodziłam w dorosłość. Dużo się wtedy w takim „studenckim” umyśle dzieje.

Również za duże osiągnięcie uważam wyjazd z moimi meblami na międzynarodowe targi designu Salone Satellite w ramach Salone del Mobile do Mediolanu. Późnej zostałam zaproszona na dwudziestolecie tego wydarzenia przez  kuratorkę. Również tegoroczne wysłanie mebli do klienta na Tajwan. To, że byłam w stanie to zrealizować sama, z dzieckiem na ręku. Podołałam wyzwaniom dużym pod względem logistycznym, dopinając wszystko w terminie.

Ja: Ja myślę, że jesteś przykładem na to, że mama bardzo dużo może, więcej niż można sobie wyobrazić.

Joanna: A przy tym wszystkim jest jeszcze rodzicielstwo bliskości, w duchu którego wychowujemy synka, a chcę to dodać od siebie, bo to jest trudna droga, dość wymagająca. Nawet przy tak dużej ilości pracy mojego partnera i mojej, realizujemy tę drogę i uważam to za ogromne osiągnięcie, bo mamy cudowną relację z synkiem.

Ja: Co uważasz za swoją największą porażkę? Czego się dzięki temu nauczyłaś?

Joanna: Nie odczuwam, bym poniosła w życiu jakąś porażkę, raczej wszystko, co mi się przydarza traktuję jako doświadczenie. Każde zdarzenie, które mogłabym uznać za porażkę, pokazuje mi rzeczy, których byłam nieświadoma albo sfery mojego życia, nad którymi muszę popracować. Na przykład ostatni rok był dla mnie bardzo trudny, bo nie byłam w stanie zarobić na swoje utrzymanie, realizując to, co sobie wymarzyłam – czyli Svarog’a. W pewnym momencie musiałam się zatrzymać i zastanowić się, co mogę zrobić i jak mogę dalej rozwijać siebie i markę, którą stworzyłam, bo bardzo dużo poświęciłam i siebie i mojej rodziny. Sporo czasu przeznaczyłam na pracę, a potem zostałam z dużą frustracją, z dwoma pięknymi projektami, które kocham i z zerem na koncie. Jednak taki upadek na ziemię był mi potrzebny, bo pokazał mi, że nie ma co siebie oszukiwać. Musiałam sobie pewne kwestie przewartościować, usiąść z Excelem, do którego taka osoba jak ja zagląda raz na trzy miesiące, podjąć decyzję co trzeba zrobić dalej. I była to dla mnie cenna lekcja.

Ja: W jaki sposób macierzyństwo zmieniło Twoje życie? Jestem przekonana, że dwa lata bycia mamą mogły zmienić bardzo dużo.

Joanna: Życie? Całkowicie – wszystko zmieniło się o 180 stopni, we wszystkich sferach. Prywatnie – zrozumiałam dzieci. Że to są istotki dokładnie takie same jak my, tylko mniejsze, które trzeba przeprowadzić przez świat. To nie jest tak, że dzieci są złośliwe, manipulują, krzyczą, biegają po podwórku i celowo przeszkadzają wszystkim dookoła. Zatem mój stosunek do dzieci zmieniłam zupełnie. Ponadto wszelkie zachowania krzywdzące dzieci albo nawet „upupiające” je powodują mój wielki bunt, bo dzieciom należy się szacunek. Zrozumiałam jaka jest natura dzieci, że potrzebują bardziej prowadzenia przez życie, dużo wolności i dobrej, partnerskiej relacji. Zatem nie różnią się niczym od nas – dorosłych.

Macierzyństwo zmieniło też wiele w biznesowej sferze mojego życia, bo paradoksalnie najwięcej osiągnęłam właśnie w czasie, kiedy przyszedł na świat Seweryn. Wyjechałam na wspomniane wcześniej targi w Mediolanie z 2,5 miesięcznym synkiem, mając wsparcie tylko w osobie mojego partnera. Także projekt SiaSie powstał, kiedy Seweryn był już na świecie. W pewnym momencie poczułam, że zarówno czasu jak i siebie mam dużo mniej i wtedy właśnie zrodziła się we mnie silniejsza potrzeba bycia kimś jeszcze – poza mamą. Miałam swój świat, który pozwalał mi istnieć inaczej. To było bardzo moje, bo nadal miałam ogromną potrzebę realizacji siebie.

Ja: Czyli macierzyństwo dodało Ci skrzydeł w rozwoju?

Joanna: Zdecydowanie. Rozwinęło mnie ponadto jeszcze w sferze międzyludzkiej i w ogóle jako człowieka. Rodzicielstwo jest fajne, bo cały czas trzeba nad sobą pracować, rozwijać się żeby temu małemu człowiekowi dawać dobry przykład.

drzewo życia 2
„Drzewo życia” Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Łączysz twórczą, kreatywną pracę z macierzyństwem, co pozwala Ci wytrwać pomimo zmęczęnia? Czy rzeczywiście jesteś w stanie pracować tylko wieczorami?

Joanna: Głównie tak. Był taki czas, gdy Seweryn był mały, że wyjechaliśmy i nie mieliśmy żadnej pomocy i wtedy siedziałam po nocach i pracowałam po nocach, albo wtedy kiedy mój partner mógł zająć się synkiem. Od jakiegoś czasu mamy pomoc niani, więc sytuacja się zmieniła. Mamy kochane nianie, które nas wspierają, ale to też nie jest na jakąś super dużą skalę, więc wciąż jest tak, że pracuję wieczorami. Jednak… patrząc na to z perspektywy czasu nikogo nie zachęcam do takiego modelu pracy. Trzeba mieć balans w życiu i nie spalać się aż tak bardzo. Ja w pewnym momencie podjęłam decyzje, z których musiałam się wywiązać, bo nie wyobrażałam sobie, żeby postąpić inaczej, ale mimo wszystko trzeba dbać o czas dla siebie i trochę oddechu.

Ja: A co pozwalało Ci wytrwać pomimo zmęczenia, które na pewno było ogromne?

Joanna: Dużą przestrzeń dla realizacji siebie i uzyskania szybkiego efektu dał mi projekt SiaSie. I to dzięki niemu miałam więcej energii. A poza tym jak pracowałam nad projektami mebli to czułam, że to może być coś dobrego i dawało mi to ogromną satysfakcję. Jednak kluczem było i jest moje pozytywne podejście do wszystkiego, co się wydarza. Sama się nakręcam tym, co robię. Mam mnóstwo energii do działania. Staram się znajdować pasję i radość w tym co robię i robić to najlepiej jak potrafię.

Ja: Kryzysy, przeciwności? Były? Pojawiają się? Co wnoszą do Twojego życiowego kuferka?

Joanna: Wnoszą dużo. Na pewno doświadczenie. Pozwalają mi zachować równowagę. Wnoszą zrozumienie, że niekoniecznie poszłam w tą stronę, w którą powinnam albo że gdzieś się za bardzo zaprzepaściłam. Pomagają mi tak realnie spojrzeć na siebie i na świat, czy nie bujam za bardzo w obłokach, czy powinnam zrobić coś inaczej, czego potrzebuję naprawdę, by zrealizować swoje cele. Kryzysy i przeciwności uczą mnie też, by wymagać najpierw od siebie, a nie od innych, by nie szukać przyczyn w całym świecie dookoła, ale poszukać co się stało, dlaczego pogubiłam się po drodze. Choć oczywiście nie przychodzi mi to tak łatwo jak teraz o tym mówię, bo kosztuje to dużo czasu i uwagi.

Na przykład ta praca ostatniego roku kosztowała mnie bardzo dużo, pracowałam dniami i nocami, niejednokrotnie ocierając się o jakieś stany depresyjne – co chyba nie jest wstyd powiedzieć – ale to dało mi naukę, że nie można o sobie zapominać, że trzeba mieć balans, pamiętać o rodzinie, dziecku, które potrzebuje mamy, a na to też potrzebna jest siła. Trzeba starać się być tak po prostu szczęśliwym z dnia na dzień, nie spiesząc się i nie mając tysiąca celów czy zadań.

Ja: Jakie jest Twoje największe marzenie na nadchodzący rok?

Joanna: Na pewno zdrowie i siła dla całej mojej rodziny. Od kiedy Seweryn jest z nami czuję, że to jest ważne. Jak jest się zdrowym to można wszystko. A zawodowo i też bardzo praktycznie chciałabym aby moje projekty, pasja i cała masa pomysłów pozwoliły mi się utrzymać i nawiązać współprace, które byłyby owocne dla obydwóch stron. Aha… i tańczyć więcej! 🙂

Ja: Zatem tego właśnie życzę Ci na Nowy Rok. Dziękuję za przepiękną rozmowę, która pokazuje, że kluczem do samorealizacji jest pozytywne nastawienie do życia, a rodzicielstwo jest doświadczeniem, które rozwija nas na wielu płaszczyznach – jeśli nie wszystkich. Mama bardzo dużo może, jeśli chce – jesteś tego doskonałym przykładem!

 

Osoby, strony i tematy wymienione w wywiadzie:

Svarog. The exquisite furniture.

SiaSie Design 

„Drzewo Życia” – koncepcja i reżyseria Paulina Święcańska

Film „Drzewo Życia” – montaż Paweł Głogowski

Zdjęcia „Drzewo Życia” – Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Film „Keep on pushing”  – by Joanna Sieradzan & Filip Wencki [kamera i montaż Paweł Głogowski]

Salone Satellite – targi designu w ramach Salone del Mobile w Mediolanie

 

*Wszystkie materiały graficzne wykorzystane w publikacji pochodzą z archiwum prywatnego Joanny Sieradzan lub zostały wykorzystane za zgodą Fundacji Artystycznej PERFORM.