Gdy nie wszystko układa się po naszej myśli.

tunel

To był 34 tydzień mojej pierwszej ciąży. Lekarka na chwilę zawiesiła wzrok wpatrując się w ekran, po czym powiedziała lakonicznie, że konieczne będzie dokładniejsze badanie usg. Na zleceniu napisała wielkimi, drukowanymi literami: PILNE!!! W 36 tygodniu poznaliśmy z mężem diagnozę – nasze dziecko miało niewiadomego pochodzenia guza w serduszku.

Nawet dzisiaj jak o tym pomyślę, to emocje ściskają mi brzuch i gardło. To był już prawie koniec ciąży, która była wymarzoną ciążą wielu z nas. Nie męczyły mnie mdłości, nie miałam żadnych dolegliwości, wszystko przebiegało dobrze, a tu nagle taka wiadomość. Kiedy wracałam po badaniu do domu całą drogę płakałam. Nie wiedzieliśmy wtedy co dalej – konieczna była dokładniejsza diagnostyka. Wiadomo było tylko, że na etapie życia łonowego dziecko jest bezpieczne, przepływy krwi i akcja serca są prawidłowe. Lekarze nie wiedzieli tylko jak sytuacja będzie wyglądała po porodzie. Kolejne dwa tygodnie upłynęły mi na dziesiątkach wizyt, badań i konsultacji. Ostatecznie zdecydowano się na wywołanie porodu w 39 tygodniu. Mogłam rodzić naturalnie, ale poród przebiegał w sposób kontrolowany, a pół godziny po przyjściu na świat nasza Iskierka została przewieziona na oddział neonatalny. W odosobnieniu spędziłyśmy kolejne 3 doby.

Nasza druga córeczka na szczęście urodziła się zdrowa jak rybka. Rozwijała się prawidłowo do czasu, gdy około roku pediatra zwrócił moją uwagę, że wkrótce powinna zacząć chodzić, a ona nawet nie wstawała. Na początku pomyślałam sobie, że przecież każde dziecko rozwija się w swoim tempie i żadne lekarskie tabelki nie są powodem do mojego niepokoju. Kiedy jednak minęły kolejne 3 tygodnie, a nasz Maluch nie zrobił żadnego postępu ruchowego w zakresie wstawania i chodzenia, sama postanowiłam udać się po poradę. Skierowano mnie do fizjoterapeuty, gdzie dowiedziałam się, że Mimi wymaga solidnej rehabilitacji, bo jednoznacznie można u niej stwierdzić asymetrię w rozwoju mięśni oraz ruchu, co przekłada się na wiele innych aspektów.

Nie tak to zaplanowałam, nie tego chciałam. Ale tak się stało, bo takie jest życie. Życie, które ma dla nas swój własny scenariusz, nie zawsze zgodny z naszym grafikiem, z naszymi planami czy życzeniami.  Ma za to dla nas cały worek różnorodnych doświadczeń – często takich, których sami byśmy dla siebie nie wymyślili ani tym bardziej nie wybrali.

Kiedy płyniemy z prądem nie zastanawiamy się, co czeka nas za zakrętem, a może okazać się, że będzie to wodospad. Między innymi w ten sposób uczymy się pokory, ale też uważności i przede wszystkim szczerej wdzięczności, gdy jednak sprawy mają dla nas pomyślny bieg. Pokora, uważność i wdzięczność – trzy bardzo ważne zachowania wobec życia, o których często zapominamy. Sprawy dnia codziennego tak bardzo nas pochłaniają, że przestajemy doceniać to, co dobre, stajemy się mniej uważni, a nawet w pewnym sensie zachłanni i aroganccy wobec życia, a ono upomina się o to, co właściwe dla nas – na swoje sposoby 😉

Jest jeszcze jedna lekcja płynąca dla mnie z doświadczeń, które w jakiś sposób nie są zgodne z moimi zamierzeniami. Lekcja nastawienia. Postawa, którą przyjmujemy wobec życia i zdarzeń, gdy nie wszystko układa się tak, jak byśmy chcieli mówi nam bardzo dużo o nas samych, bo możemy się buntować, możemy się złościć, możemy uciekać, możemy walczyć, ale możemy też zaakceptować i postarać się dostrzec, czego to konkretne doświadczenie ma nas nauczyć.

Wierzcie mi lub nie, ale w drugiej ciąży każdą dobrą wiadomość na temat stanu naszego dziecka przyjmowałam z ogromną wdzięcznością. Taką, której kiedyś nie potrafiłam odczuć. Nauczyłam się też pokory wobec życia i zdrowia, które bardziej teraz szanuję. Poza tym wyszłam z tych trudnych dla mnie doświadczeń mimo wszystko silniejsza.

Gdy nie wszystko układa się po naszej myśli możemy się poddać, ale możemy też próbować dostrzec światełko – choćby w tunelu – i uparcie zmierzać w jego stronę, pomimo że zbierają się nad nami burzowe chmury. Kto wie, może to światełko jest pełnym słońcem, ale chwilowo jesteśmy zbyt daleko i nie potrafimy tego dostrzec…?

Wyzwania macierzyństwa

wyzwania macierzyństwa

Zimna kawa czy nieprzespane noce bywają najmniejszym problemem na ścieżce macierzyństwa. Są takie momenty na naszych rodzicielskich szlakach, które stają się dla nas prawdziwym wyzwaniem. Bywają także dłuższe etapy, kiedy mamy wyraźnie pod górę. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i dojrzewają. Niestety większości zmian nie komunikują nam tak po prostu, zwłaszcza we wczesnej fazie dzieciństwa. Częściej wrzeszczą, kopią albo co gorsze –  zamykają się w sobie. A my – rodzice –nie zawsze od razu znamy na wszystko sposób. Nie jest nam także łatwo, gdy są chore, albo gdy mamy mnóstwo spraw na głowie, tylko dwie ręce i mało czasu. Rodzicielstwo stawia nas w obliczu wielu wyzwań, często trudnych.

– CHWILE BEZSILNOŚCI –

Te są jednymi z najtrudniejszych, bo człowiek chciałby coś zrobić, ale albo nic zrobić nie może albo po prostu nie wie co ma zrobić. To są takie chwile, gdy dziecko rzuca nam się na podłogę i wrzeszczy, a ludzie dookoła oceniająco patrzą. W tej rozpaczy naprawdę mało co do dziecka dociera. I pół biedy, gdy na podłodze w miejscu publicznym kładzie się dwulatek, bo o tzw. „buncie dwulatka” jednak większość społeczeństwa słyszała, ale niedawno w przychodni moja starsza Iskierka najpierw nie chciała ubrać czapki, a gdy chwyciłam za fotelik z ryczącą wniebogłosy Mimi i spokojnie powiedziałam do Iskierki, że chcę jak najszybciej opuścić przychodnię, żebym mogła uspokoić jej małą siostrę, to Iskierka zaczęła na mnie wrzeszczeć, kopnęła mnie i powiedziała coś w stylu, że jestem głupia. Tylko że Iskierka jest już kilkuletnią dziewczynką i widziałam różne spojrzenia innych czekających, przede wszystkim wyrażające dezaprobatę.

W tej sytuacji było mi naprawdę ciężko. Rozumiałam, że dla Iskierki godzina oczekiwania u lekarza, potem wizyta, na której lekarz badał obydwie dziewczynki, co trwało ze 20 minut i dodatkowo wrzask malutkiej siostry nie były ani łatwym ani miłym doświadczeniem, ale poczułam się okropnie. Ręce mi opadły… Nie wiedziałam czy zacząć od uspokojenia małej, czy poświęcić chwilę Iskierce. Nie bardzo też wiedziałam co ja mam jej powiedzieć. Zapytałam więc ją, czy jest coś, co chciałaby powiedzieć mnie i to było bardzo dobre posunięcie. Po kilku minutach kryzys został zażegnany, ale we mnie emocje jeszcze długo się kotłowały.

Jeszcze trduniejsze jest odczuwanie bezsilności, gdy dziecko jest chore, a gorączka nie spada mimo wszelkich starań albo objawy nie ustępują dłużej, niż byśmy chcieli, a lekarz mówi tylko, że trzeba poczekać. Chwile oczekiwania na korytarzu dziecięcej izby przyjęć, albo te kiedy wiesz, że musisz coś zrobić, by pomóc dziecku, a ono stawia opór. To są chwile bezsilności i strachu jednocześnie, trudne dla każdego rodzica. Tymbardziej, że w takich momentach dziecku potrzebny jest prawdziwy spokój i wsparcie.

– CHWILE FRUSTRACJI –

Mówisz raz, drugi, dwudziesty drugi i trzydziesty no i nic… Grochem o ścianę. Wciąż zabawki rozrzucone. Albo buty na schodach. Albo biega z puszką karmy dla kotów mimo, że te leżą już najedzone z wypchanymi brzuchami 😉 Czasami uda mi się wziąć głęboki oddech albo dziesięć oddechów, ale czasami aż się gotuję i zdarza mi się podnieść głos albo krzyknąć. Wiem, że to jest efekt mojej frustracji. Kiedyś postanowiłam się wziąć na mądrzejszy sposób i zapytałam moje dziecię: „Córko, jak ja mam do Ciebie mówić, żebyś zrobiła to, o co Cię proszę?” Spodziewałam się, że moje dziecko czymś mnie zaskoczy, ale usłyszałam: „Powtarzaj mi ze dwadzieścia razy to wtedy zapamiętam.

Ot co! Rzeczywiście ta odpowiedź mnie zaskoczyła 😀

Bywają jeszcze chwile frustracji wersja HARD! Te, które najbardziej „lubię” to, gdy trzeba za trzy minuty wyjść, a dziecko opanowała właśnie malarska fantazja, albo nie chce ubrać dziś tych różowych spodni, ale włoży tylko te, które akurat są brudne. Bądź też w ogóle nie chce się ubrać albo zjeść śniadania przed dwugodzinną podróżą. Bądź wszelkie działania mające na celu opóźnienie wyjścia. (Bóg jeden wie czemu!)

No i moje „ulubione” od kilku miesięcy, gdy idę układać do snu małą Mimi i proszę Iskierkę aby nie tylko była cicho, ale wytrzymała bez mamy 10 minut. No i gdy mija 9 i pół minuty, a ja niemal bezgłośnie wymykam się z pokoju wpada Iskierka z pytaniem: MAMOOOOO, A MIMI JUŻ ŚPI!!!

Jeszcze tylko wspomnę o frustracji, gdy chcę coś zrobić, zwłaszcza coś dla siebie i właśnie wtedy dzieci albo nie mogą zasnąć, albo się rozchorują albo dają w kość albo „wymyślą” milion innych rzeczy, by jednak mama znalazła się u ich boku.

– CHWILE TRANSFORMACJI –

To te, gdy w życiu naszych pociech zaczyna dziać się coś istotnego. Przechodzą do kolejnego etapu swojego rozwoju, dojrzewają, ale niestety nie wydarzają się żadne oczywiste symptomy tej zmiany. To trochę tak jak z ząbkowaniem. Coś się dzieje, ale nie wiadomo dokładnie co, no i nie wiadomo kiedy ten ząbek się pojawi. Różnie to z tym dojrzewaniem dzieci bywa, ale moje doświadczenie w tym zakresie pokazuje, że w przełomowych momentach zwykle u Iskierki pojawia się jakiś kryzys zachowania – czytaj: staje się niegrzeczna, tudzież nieznośna albo zaczyna się buntować przeciwko wszystkiemu. Żeby nie było tak łatwo to nie zawsze jej niegrzeczne zachowanie wynika bezpośrednio z sytuacji, z którą ma związek. Na przykład przyjście na świat Mimi poruszyło Iskierkę dopiero po dwóch miesiącach. Kolejne dwa miesiące walczyła o swoją pozycję w naszym domowym świecie, a po tym czasie, gdy przetrawiła wszelkie aspekty zmiany przeszło wszystko z dnia na dzień – jak gdyby nigdy nic… Ale dla mnie te dwa miesiące były koszmarnie trudne. Pojawiło się w naszym domowym życiu dużo konfliktów i napięć, a wszystko to na tle opieki nad niemowlęciem szalejącym w dodatku z powodu coraz to nowych alergii pokarmowych. Można było zwariować!

– CHWILE ZMĘCZENIA –

Zmęczenie – to rodzicielskie zmęczenie zaczyna się często przez wielkie „Z”. Albo nawet przez olbrzymie „Z”. Nie będę tu nawet wspominać jak bardzo zmęczona czuje się kobieta po porodzie, kiedy w dodatku musi podołać wszelkim domowym aktywnościom oraz zająć się dzieckiem lub dziećmi, bo to oczywiste, ale chcę opowiedzieć także o tym zmęczeniu codziennym w różnych jego odcieniach.

Zmęczenie fizyczne rodzica  – matki nie przesypiają nocy przez kilka lat – takie jest moje doświadczenie i takie wnioski czerpię z obserwacji wśród bliższych i dalszych znajomych. Ojcom jest trochę łatwiej w tej materii, choć u nas dzieci są aktywne od 5, więc mąż po tych kilku latach życia rodzinnego z sowy zamienił się w rannego ptaszka 😉 Za to bywa, że 22 to dla nas kres wszelkich fizycznych możliwości 😀 Poza tym niewyspaniem to najbardziej dla mnie wymagające jest spędzanie całego dnia na nogach. Jedynymi momentami, kiedy przysiadam są rzadkie i bardzo krótkie chwile korzystania z toalety (oczywiście w obecności świadków! 😉 ) oraz zjedzenie posiłków – tych głównych dla jasności – przekąsek to nie dotyczy 😉 No a jak już uda mi się usiąść czy też w wersji wspaniałej położyć w ciągu dnia, to nagle okazuje się, iż dziecko się obleje, zesika, zrobi kupę, zwymiotuje, potrzebuje czegoś natychmiast, usycha z pragnienia, potrzebuje farb, które stoją za wysoko albo chce pójść do kolegi, ale nie wie co ma ubrać na dwór i tak bym mogła jeszcze długo… Nie ma taryfy ulgowej. Ostatnia kampania reklamowa jednego z producentów kosmetyków „5000 kroków dziennie” matek nie dotyczy 😀

Zmęczenie psychiczne rodzica – nie wiem jakby to napisać żeby to delikatnie ująć, bo czasami to mam taką wizję, że wyjdę zaraz z siebie i pobiegnę gdzieś czym prędzej od tego miejsca, gdzie odbywa się moja codzienna rutyna 😉 To nie jest tak, że cały czas jest tak źle, no bo człowieka nie tak łatwo złamać – organizm dostosowuje się do ekstramalnych warunków życiowych ;-), ale… przychodzą takie momenty kryzysowe – ja mam taki raz na kilka tygodni albo… kiedy męża nie ma, w związku ze służbowym wyjazdem, dłużej niż 5-6 dni. To wtedy kryzys się pojawia. No bo trudno jest wytrzymać 24 godziny na dobę z ukochaną dwójką bez żadnego wsparcia. Zwłaszcza, że my nie mamy nikogo – poza sobą – kto pomaga nam z dziećmi. Nie mamy babć w pobliżu. Nie mamy niani. I nie tylko my jesteśmy obecnie w takiej sytuacji, bo zdarza się to coraz częściej w świecie, w którym dziadkowie również pracują albo mieszkają daleko. A kiedy nie ma chwili na odpoczynek kryzysy prędzej czy później się pojawiają. Na szczęście mnie pozwalają one wyrzucić z siebie wszystkie trudne emocje, oczyścić atmosferę i iść dalej.

– CHWILE ZWĄTPIENIA –

Czy jestem dobrą matką?

Czy jestem wystarczająco dobrą matką?

Czy ja sobie w ogóle mogę z tym poradzić?

Chwile zwątpienia w swoje rodzicielskie kompetencje. Wiecie co zawsze staram się myśleć, gdy wszystko, czego nauczyłam się o swoich dzieciach zawodzi? Nie skupiam się na tym, czego nie wiem, ale na tym, czego chcę się nauczyć… To mi pomaga uwierzyć w siebie, znaleźć rozwiązanie i rozwijać się w roli mamy.

***

Przyznam się szczerze, że macierzyństwo okazało się dla mnie wyzwaniem. Z wielu powodów, ale przede wszystkim w związku z tym, jak bardzo wymagająca jest rola rodzica i jak ogromna odpowiedzialność za tych małych ludzi spoczywa na naszych barkach. Najbardziej wymagające jest to, że dzieci mało uczą się na podstawie tego, co mówimy, a zdecydowanie więcej czerpią z tego, jak się zachowujemy. Stając w obliczu tych wszystkich rodzicielskich trudności nie raz czułam się jakbym była „naga”, czasami samotna.

I choć ten wpis jest o tym, co trudnego w macierzyństwie, to konkluzja jest taka, że jest to droga warta ceny jaką trzeba zapłacić, bo nikt ani nic nie nauczy nas tak kochać i rozumieć samych siebie jak dzieci. Dla mnie dzieci są kluczami do obszarów mojej duszy, o których wcześniej nawet nie wiedziałam, że istnieją. To macierzyństwo daje mi najwięcej impulsów do rozwijania tego, co we mnie najlepsze. Zarazem nauczyłam się także akceptować, i to przez wielkie A, moje życie takim, jakie jest. Chore ambicje odeszły w zapomnienie, bo nie ma na nie czasu ani miejsca. W zapracowanym, matczynym świecie mam czas tylko na to, co naprawdę ważne i wartościowe dla mnie. A chwile wolnego czasu wyciskam jak cytrynę 😉 Dzięki dzieciom zrozumiałam co to znaczy naprawdę cenić każdy dzień i całe to dobro, które przydarza nam się codziennie.

Powrót do portu.

port 2

Kiedy ponad rok temu opuszczałam port i wypływałam na bezbrzeżne wody blogowania nie miałam pojęcia, co może się w związku z tym wydarzyć. Czułam, że tego chcę i potrzebuję. Jednak podczas mojego rejsu pojawił się na pokładzie kolejny mały pasażer. Absorbując znacznie więcej niż tylko mój czas i uwagę, mała Gaga sprawiła, iż zdecydowałam się zawinąć na chwilę do portu.

Okazało się, że potrzeba mi kolejnego powrotu do siebie, do mojego wewnętrznego portu. Potrzeba mi było czasu, by nie tylko zaznajomić się z sytuacją, ale także sprostać nowym, wymagającym ogromnego zaangażowania wyzwaniom.

Wszystko to spowodowało zaniechanie w pisaniu bloga, bo ręce mam tylko dwie, a pracy jest mnóstwo. Mimo wszystko kryzys ten nie był na tyle silny, bym mogła zarzucić pomysł dzielenia się częścią siebie ze światem. Czułam, że mogłabym stracić zbyt wiele. Trwająca intensywna transformacja macierzyńska przywiodła mnie jednak do punktu, w którym potrzeba mi było weryfikacji dotychczasowego kierunku prowadzenia bloga. Bezwzględnie projekt ten jest czymś, z czego zrezygnować nie chcę, ale zdecydowałam się z biegiem czasu na poszerzenie jego tematyki – zwłaszcza w zakresie moich obecnych doświadczeń, które mają przeogromny wpływ na wiele obszarów mojego życia i które czynią mnie bardziej dojrzałą, lepszą wersją siebie – dzień po dniu. Pojawiły się także nowe pomysły na to, co dalej – zarówno w materii blogowania jak i poza nią.

Powrót do portu pozwolił mi stworzyć plan podróży do kolejnego celu. Okazał się bardzo potrzebnym doświadczeniem, choć jak wielu z nas nie lubię „tracić” czasu na postój. Jednak są chwile, gdy zatrzymanie się jest najlepszym, co możemy sobie ofiarować. Nie tylko dlatego, że wówczas czerpiemy w pełni z tego, co tu i teraz, ale także dlatego, że możemy zebrać więcej sił, by prężnie wyruszyć w dalszą drogę – jak zawsze w zgodzie ze sobą.

Strefa (dys)komfortu.

strefa dyskomfortu

Kiedy kilka tygodni temu zostałam mamą po raz drugi mój, a właściwie to nasz, cały świat wywrócił się kolejny raz do góry nogami. I wcale ten przewrót nie był „mniejszy” od tego pierwszego, wszak przeżywa go także Iskierka. Stanęliśmy w obliczu wyzwania, wobec którego potrzeba nam było porzucić stary porządek…

Malutka zgotowała nam niełatwy czas jeszcze zanim się pojawiła, bowiem przyszło nam na nią czekać dłużej, niż przewidywał termin. Szczerze – oczekiwanie było prawdziwym testem cierpliwości. Wszyscy odczuwaliśmy napięcie i stres związany z tą sytuacją. A kiedy trochę się rozluźniliśmy za sprawą powiedzenia tego, co było niewypowiedziane nadszedł czas rozwiązania…

Pojawienie się nowego członka rodziny spowodowało zamieszanie. W gruzach legły nasze rytuały i schematy, a nawet wzorce postępowania z Iskierką, które sprawdzały się dotychczas. Przyszło nam budować nasz świat codzienny od nowa. Mówią, że z drugim dzieckiem jest łatwiej. Ja bym tego tak nie określiła, raczej powiedziałabym, że z drugim dzieckiem jest spokojniej… Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy świadomi, iż ten niezmiernie trudny czas po prostu mija… Nie warto się siłować, nie warto dążyć do ratowania schematów, które się burzą, bo one po prostu się nie sprawdzą w nowych okolicznościach. Nie warto forsować swoich sił, warto za to inwestować energię w to, co tu i teraz.

Łatwiej w moim odczuciu nie jest, bo drugie dziecko potrzebuje nas tak samo jak pierwsze. Ma równie dużo potrzeb i wymaga równie dużo zaangażowania i uwagi, co pierwsze, a dodatkowo starsza latorośl nie może zostać ani odsunięta ani zaniedbana.

Przyszło nam zatem porzucić naszą bezpieczną, starą skorupkę i wyruszyć tam, gdzie nas jeszcze nie było. Jak to zwykle bywa przez moment poczuliśmy się zagubieni, przestraszeni, a nawet bezsilni, ale czas… Mija czas i z każdym dniem budujemy kolejne elementy życia od nowa. Z każdym dniem uczymy się swoich nowych ról. Uczymy się nowych uczuć. Doświadczamy. Doświadczamy siebie samych, siebie nawzajem i życia w nowych okolicznościach… Jest trochę niekomfortowo, tak trochę nieswojo, ale wiesz co… idziemy naprzód.

Wkraczanie w nowe sytuacje, pokonywanie własnych ograniczeń i czerpanie z nowych doświadczeń nie pozostaje nigdy bez znaczenia. Każde nowe zdarzenie czegoś nas uczy. Porzucenie strefy komfortu zawsze wiąże się z transformacją, z pójściem naprzód – niezależnie od tego, czy osiągamy sukces czy porażkę.

Tym razem jednak jeszcze jedną rzecz zrobiłam inaczej. Kiedy już znalazłam się w strefie dyskomfortu pozwoliłam sobie odczuwać także te trudne stany… Że jest mi źle, że się boję, że nie wiem, że czuję się sfrustrowana, że mogłoby być trochę łatwiej, że jestem niewyspana, że mam ochotę wyć do księżyca… To sprawiło, że wszystkie trudne emocje, które się pojawiały mogły wybrzmieć i odejść… Tak po prostu. W zamian za to znalazło się w mojej nowej sytuacji znacznie więcej radości, spokoju i naturalnego biegu rzeczy. Biegu, którego nic już nie zakłóca. Bo tak już jest, że przez strefę dyskomfortu trzeba przejść, by iść dalej.

P.S. Rodzicielstwo to przepiękne doświadczenie, pomimo wysokiego poziomu trudności 😉

Pscoła nam do domu spieldolila! – 5 faktów o rodzicielstwie, o których Ci nie powiedziano.

Najpierw jest ciąża – „radosny czas oczekiwania” czy „stan błogosławiony” – który nie dla każdej z nas jest taki radosny, a już na pewno nie w całej swojej rozciągłości. Początki bywają trudne, a i pod koniec lekko nie jest – dosłownie. No ale prawdziwa przygoda zaczyna się potem, gdy na świat przychodzi on lub ona. Czego zatem w moim odczuciu nie dowiemy się o rodzicielstwie z książek ani od naszych rodziców?

Numer 1

Nieprzespane noce trwają znacznie dłużej niż zakłada teoria.

Tak wiem… są dzieci, które pięknie śpią nocą niemal od urodzenia albo przynajmniej od jakiegoś „rozsądnego” czasu kilku-kilkunastu miesięcy. Nasze do nich nie należało. 3,5 roku wstawania dało mi w kość. Wiadomo oczywiście, że po roku nie musiałam już wstawać 5 razy w nocy, ale zawsze był to raz, dwa albo trzy razy. Przez długi czas myślałam, że może coś z nami nie tak, czegoś jej nie nauczyliśmy albo przegapiliśmy jakiś moment, ale potem nasze dziecko nieco urosło  i nagle okazało się, że bez problemu przesypia noce. Co nie oznacza, że zawsze. Przy zmianie miejsca, chorobie, dużej dawce mocnych wrażeń bywa różnie. Stąd płynnie mogę przejść do puktu numer 2…

Numer 2

Podręcznikowe tudzież „babcine” czy „ciociowe” wskaźniki niekoniecznie muszą pasować do każdego dziecka.

Podręczników bardzo czepiała się nie będę, bo czytając książki i tak bierzemy poprawkę na fakt, że dużo kwestii omawianych jest tam w sposób ogólny, a każde dziecko jest inne – zwłaszcza dziś, kiedy wielu rodziców także walczy o swój indywidualizm.

Dlaczego „babcine” czy „ciociowe” wskaźniki tego, co dziecko powinno w danym wieku robić lub czego nie powinno moim zdaniem nie działają?

Bo nasze społeczeństwo rozwija się w tym momencie tak dynamicznie jak nigdy dotąd, a może rozwijać się jeszcze szybciej. My – jako rodzice stajemy się znacznie bardziej świadomi siebie i tego, w jakim kierunku chcemy prowadzić nasze życie. Żyjemy szybciej, dbamy także o własny rozwój, a to wszystko przekłada się na nasze dzieci – zarówno pozytywnie jak i czasami negatywnie. Próbując odnaleźć siebie w nowych okolicznościach nie zawsze jesteśmy oazą spokoju i nie zawsze mamy dość sił, by z uśmiechem na twarzy pełnić wymagającą rolę rodzica. Jeśli dodać do tego problemy w związkach, spowodowane także w dużej mierze szybkością życia, może być trudno wpasować naszą pociechę w modele z podręcznika. I tutaj nasuwa mi się dobry przykład związany z punktem numer 1 i naszym budzących się po nocach dziecięciem znacznie dłużej niż jakiekolwiek normy przewidują. Normy nie przewidują bowiem sytuacji rodziców, którzy dość intensywnie poszukiwali swojego miejsca oraz okoliczności sprzyjających rozwijaniu pomysłów, które mieli na własne życie. Wyniknęło z tego kilka przeprowadzek, potyczki związane z aktywnością zawodową mamy czy liczne wyjazdy taty. To wszystko ma wpływ na dzieci. Nam się może wydawać, że skoro jedzą i się śmieją, to wszystko jest OK, ale nie mamy pojęcia co dzieje się wewnątrz dziecka, zwłaszcza takiego, które nie opowie nam  jeszcze o swoich odczuciach, bo nie może lub nie potrafi ich nazwać. Dlatego książki czytam, babć słucham, ale postępuję tak, jak czuję.

Numer 3

Chipsy z szafy.

Trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej, toteż mecze mój Luby ogląda. Pewnego wieczoru kiedy układaliśmy się do wyczekanego cały dzień odpoczynku w towarzystwie telewizora mój mąż zerwał się z kanapy nagle i poszedł do sypialni. Wraca po chwili z paczką chipsów w ręce… Tak, ukrył przed dzieckiem chipsy w szafie, bo to jeszcze jedyne miejsce, gdzie nasza latorośl wzrokiem nie dosięgnie. Dodam, że chipsy musiały być ukryte bardzo skrzętnie, bo prezenty od Mikołaja czy na urodziny udawało jej się znaleźć nawet w szafie już półtora roku temu.

Numer 4

– Pscoła nam do domu spieldoliła!!! – wykrzyknęła podekscytowana Iskierka.

– Co zrobiła? – pytam z niedowierzaniem.

– No spieldoliła nam do domu!

I teraz masz z jednej strony teorię nie reagowania na zachowania, których nie chcesz u dziecka wzmacniać, a z drugiej strony sytuacja jest tak śmieszna, że trudno się opanować. A książkowe teorie… Cóż, zanim sobie przypomnisz co tam pisali na dany temat możesz już śmiać się na całego albo trząść się z nerwów.

Faktem jest, że dziecka nie schowasz pod kloszem… Nie uchronisz go przed światem. Mało tego, Twoim zadaniem jest pomaganie mu w eksplorowaniu świata. Eksplorowanie świata wiąże się za to z poznawaniem różnych ludzi, miejsc, sytuacji – w każdej postaci. Także w postaci brzydkich słów, których pewnie wolelibyśmy z ust naszej słodkiej istotki nie słyszeć. Takich sytuacji jest bardzo wiele i dotyczą różnych obszarów – nie można się na to wszystko przygotować. Nawet jeżli o tym czytasz czy przerabiasz to na warsztatach dla rodziców Twoja reakcja może być bardziej spontaniczna, niż Ci się wydaje. Aha… uwzględniając teorie książkowe „reakcja” nie jest tym, co powinno pojawić się w odpowiedzi na zachowanie dziecka. Najlepszym rozwiązaniem jest wykształcenie w sobie pozytywnych nawyków i wzorców postępowania w sytuacjach konfliktowych czy trudnych. No przecież!

Numer 5

Rodzicielstwo jest procesem.

Bycia rodzicem nikt nie może nas nauczyć… Rodzicami stajemy się dzień po dniu, żyjąc u boku naszego potomstwa. Uczymy się zarówno siebie jak i naszych dzieci i robimy to funckjonując w bardzo dynamicznym środowisku. Zmiana, to drugie imię procesu, w którym funkcjonujemy. I zimna kawa na co dzień to przy tym pikuś… Wyzwań w życiu rodzica nie brakuje. Czasami tylko doba trwa za krótko 😉

Nie daj sobie wmówić, że znajdując się w trudnej sytuacji oko w oko ze swoją pociechą zawsze musisz wiedzieć jak postąpić. Bardzo często oczekuje się tego od nas byśmy potrafili tu i teraz postawić dziecko do pionu i sprostać społecznym oczekiwaniom, a co jeśli nie wiemy co zrobić albo ręce opadają nam już poniżej poziomu podłogi? Bywa i tak. Warto uczyć się rozwiązywać konflikty, warto rozmawiać z dziećmi, warto wiedzieć więcej i doświadczać więcej, ale nie warto dać sobie wmówić, że już właśnie teraz musisz wiedzieć jak się zachować i co zrobić. Bo nie zawsze wiemy. I to też jest OK. Najważniejsze, że dążymy do rozwoju siebie jako rodzica, do zdobycia wiedzy i doświadczenia, które kolejnym razem nie pozostaną bez znaczenia, a podobna konfliktowa sytuacja nie będzie miała szans zaistnieć. Rodzicielstwo jest procesem – a proces oznacza zmianę, poprawę, uczenie się, dążenie do celu. Przede wszystkim jednak jest rozciągnięty w czasie…

Oto ja – MAMA

Szczęśliwa i wdzięczna, choć czasami równie bezsilna, smutna czy zagubiona. Całym sercem przy dziecku, zawsze! Oto ja – MAMA.

Mamą zostałam świadomie i z wyboru, choć tego jak będzie to wszystko wyglądało nie mogłam dowiedzieć się z żadnej opowieści. Wiedza przyszła wraz z doświadczeniem. Nigdy, ani przez moment nie żałowałam tej decyzji. Wręcz przeciwnie. Dziś jestem niezmiernie wdzięczna, że zdecydowaliśmy się na dziecko, pomimo zupełnie nieidealnego momentu i niesprzyjających okoliczności, w których się chwilowo znajdowaliśmy. To był prawdziwy zew serca. Nie mogliśmy tego zignorować.

MATCZYNE RADOŚCI

Chwile przepełnione szczęściem u boku istotki, która wzbudziła we mnie bezmiar miłości, jakiej wcześniej nie znałam. Chwile radości zupełnie innej, wypełniającej całe serce, po brzegi. Nie brakuje ich w moim macierzyńskim kuferku.

MATCZYNA TOŻSAMOŚĆ

Niedługo po przyjściu na świat Iskierki przeszłam chyba najtrudniejszy etap – odnalezienia siebie na nowo. Czułam się dość mocno zagubiona. Bardzo chciałam chwycić siebie z przeszłości. Kurczowo trzymałam się starych sposobów działania i myślenia, próbując działać w nowych okolicznościach. Dziś wiem, że to było bez sensu. Jednak wszystkiego o sobie uczyłam się z czasem i poprzez wydarzenia, które transformowały mnie w zdumiewający sposób.

MATCZYNE ROZTERKI

Długo motałam się niczym Werter w swoich cierpieniach. Jedną ręką maczałam palce w sosie własnej frustracji, a drugą ręką spijałam najsłodszy nektar z kielicha matczynej radości. Długo trwało zanim znalazłam ścieżkę, która pozwala mi godzić różne życiowe misje z macierzyństwem.

MATCZYNE ZMARTWIENIA

Trudno ich uniknąć, trzeba nauczyć się z nimi żyć i radzić sobie, gdy zamieniają się w paraliżujący lęk. Nie brakuje ich na żadnym etapie. Począwszy od wsłuchiwania się w oddech niemowlęcia pierwszej nocy, skończywszy może kiedyś… a może nie… Słuchając opowieści bardziej „zaawansowanych” matek raczej to drugie.

MATCZYNE WZLOTY I UPADKI

To ta część dedykowana własnemu wewnętrznemu krytykowi, który poddaje jeszcze bardziej surowej ocenie wszelkie działania wobec dziecka. Wzloty, gdy realizuję się jako mama i przychodzi mi to z łatwością. Upadki, gdy czuję się bezsilna i zupełnie nie wiem jak sobie poradzić z problemami na macierzyńskiej drodze.

Choć macierzyństwo nie jest cukierkowym doświadczeniem bezwzględnie przyznaję, że jest doświadczeniem wartym przeżycia. Jest pięknie. Jest inaczej. Jest pełniej. Macierzyństwo to dar.

Oto ja – MAMA, szczęśliwa i wdzięczna, choć czasami równie bezsilna, smutna czy zagubiona. Staram się jednak być najlepszą mamą, jaką potrafię. Staram się każdego dnia z otwartym sercem wychodzić naprzeciw potrzebom mojej Iskierki. Iskierki, która rozpaliła moje życie.

Dziś stoję u progu macierzyństwa po raz drugi. Kolejny raz wkraczam w moim życiu na ścieżkę, na której mnie jeszcze nie było. Choć wiem już jak to może wyglądać, to mogę tylko przypuszczać jak będzie tym razem. Niemniej jednak radość przepełnia moje serce, że zdecydowaliśmy się na powitanie drugiego bobula w naszej rodzinie 🙂

Nigdy nie byłabym tym, kim jestem, gdybym nie została Mamą.