O szukaniu przestrzeni w sobie.

Każdy z nas wielokrotnie staje w życiu w obliczu bardzo różnorodnych wyzwań – niezależnie od tego kim jest i czym się zajmuje. Takie jest życie. Każdy z nas bywa bardzo skupiony i bardzo roztargniony, spokojny i wzburzony, radosny i smutny. Każdy z nas miewa lepsze i gorsze dni. Czasy, gdy przenosi góry i takie, gdy jest bardzo pod górę.

Wszyscy szukamy jakiegoś sposobu by żyło nam się po prostu dobrze. Jaki to sposób? To już zależy od hierarchii wartości. Dla jednych najważniejsza jest rodzina, inni stawiać będą na karierę, a jeszcze inni na rozwój duchowy. Tyle jest rozwiązań ile ludzi.

Wszyscy też dość często zmagamy się z „brakiem czasu”, co wiąże się z próbą zorganizowania życia tak, by nam to pasowało. W tym miejscu obserwuję trzy główne nurty. Reprezentanci pierwszego nurtu bardzo często nie ogarniają. Nie oznacza to, że jest im źle w tym systemie. Tego nie mówię. Po prostu tak już mają, że ich życie toczy się w zdezorganizowany sposób.

Reprezentanci drugiego nurtu za to ogarniają wszystko i czasami wszystkich dookoła. To te cudwne panie domu, którym błyszczą podłogi, tudzież spełnione matki i bizneswoman w jednej osobie. W tym także nie ma nic złego – ważne, by działać w zgodzie ze sobą.

Reprezentanci trzeciego nurtu plasują się gdzieś po środku, przejawiając zdystansowany stosunek do otaczającej ich rzeczywistości. Czasami nie ogarniają i pozwalają sobie na „rozmemłanie”, a kiedy chcą lub sytuacja od nich tego wymaga potrafią działać cudownie zmobilizowani.

Niezależnie od tego, w którym nurcie odnajdujesz siebie tym, na co warto zwrócić uwagę jest sposób, w jaki budujesz swoją wewnętrzną życiową przestrzeń. Mówi się często, że w życiu możesz mieć wszystko. Nie wiem czy to prawda, bo nawet do tego nie dążę, wiem za to, co jest dla mnie ważne i na czym zależy mi dzisiaj. Wiem również, że moje wymarzone cele nie zaistnieją w materialnym świecie dopóki nie stworzę na nie przestrzeni wewnątrz siebie.

Kiedy opiekowałam się moim dziadkiem przez długi czas było mi trudno znaleźć czas na cokolwiek. Opowiadałam o tym w jednym z wpisów. Opieka nad starszą osobą, małym dzieckiem, remont domu i ogarnianie wszystkiego wokół sprawiały, że odczuwałam brak czasu na cokolwiek. Ale… nadszedł taki dzień, kiedy czułam, że chcę czegoś dla siebie – niezależnie od okoliczności, w których funkcjonuję. I od tego dnia, systematycznie i powoli tworzyłam w sobie przestrzeń do podjęcia aktywności, która pomoże mi zachować choćby najmniejszą cząstkę dnia tylko dla siebie. Musiałam sobie jednak najpierw na to pozwolić, potem poszukiwać sposobów, a potem nie poddać się, gdy było już bardzo blisko, a pojawiały się niespodziewane przeszkody.

Dla mnie w życiu nie jest najważniejsze czy zorganizuję dzień od A do Z, nie jest też ważne czy czasami zapanuje chaos. Dla mnie ważne jest na co chcę mieć miejsce, czas i siły w danym momencie, a reszta po prostu się układa. Bywały okresy ogromnego skupienia na realizacji celów zawodowych, był też czas zupełnego wyłączenia albo poświęcenia się obowiązkom rodzinnym. I każdy z nich był we właściwym dla siebie czasie – gdy tego potrzebowałam, gdy stworzyłam w mojej głowie i sercu miejsce na zaistnienie tych okoliczności. Na pewno wiele jest możliwe, gdy ziarno pada na podatny grunt.

Więcej przestrzeni Ci życzę,

Justyna

(Nie)twórczy odpoczynek.

Czy to nie strata czasu tak się położyć i odpoczywać, gdy tyle wspaniałych chwil w życiu czeka? Kiedyś bardzo mało odpoczywałam. Akumulatory ładowałam głównie na wakacjach. Niemal przez cały dzień i większość wieczoru byłam aktywna.

ODPOCZYNEK

Szczytem aktywności jaki osiągnęłam był piąty rok studiów. Wstawałam o 4:30 rano i przez dwie godziny pisałam pracę magisterską lub opracowywałam zebrane materiały. Potem ogarniałam śniadanie i siadałam na godzinę do angielskiego. Przygotowywałam jedzenie do pracy i o 9:30 wychodziłam z domu. Pracę kończyłam ok 18-19. Wracając szłam na fitness. Po powrocie jeszcze ogarniałam coś w domu, czytałam i szłam spać. Czasami jechałam jeszcze do biblioteki, tudzież pracowałam także wieczorami, jeśli była taka potrzeba. Dodam, że pracę miałam kreatywną i wymagającą, zarazem niezwykle rozwijającą. Zajmowałam się promocją i współorganizowałam międzynarodowy festiwal. Dziś nie wiem skąd miałam na to siłę, ale wiem za to jaka drzemie we mnie moc, jeśli czegoś chcę 🙂

Po tych wygibasach jednak przyszedł czas na macierzyństwo, które nauczyło mnie odpoczywania – paradoksalnie. Nauczyłam się doceniać czas, który mam dla siebie i wykorzystywać go na jak najbardziej efektywną regenerację, zwłaszcza kiedy jako mama sześciomiesięcznego bobasa zaczęłam ponownie pracować. Och… jak ja pokochałam spanie. Pierwszy raz w życiu nie było mi szkoda czasu na sen. Powiem więcej, do dziś praktykuję pójście spać nawet o 20:00 raz w tygodniu – jeśli tego potrzebuję. Poświęcam jeden wieczór, tak, ale za to pozostałe 6 mam siłę i energię na twórcze lub mniej twórcze działania, ale… nigdy wtedy nie ogarniam nic w domu, nie prasuję, nie gotuję. To jest jedyny czas w ciągu dnia, który mam dla siebie bądź dla mnie i męża. To nie jest czas na latanie ze ścierą po domu.

Poza tym lubię łapać momenty, takie chwile, kiedy można odpocząć. Bywa, że cieszy mnie nawet „samotny” wyjazd na zakupy… Bez pasażera z tyłu. Ten moment, kiedy jedziesz samochodem, słuchasz muzyki i nikt ci tego nie zagłusza – bezcenny.

Czasami udaje mi się wypić poranną kawę na balkonie, gdy wstanę wcześniej niż Iskierka. Oddycham wtedy całą sobą.

Już nie jest mi szkoda czasu na odpoczynek, za to szkoda mi życia na omijanie go, na wyścig. Jeżeli i tak dotrę kiedyś do mety, to po co mam biec, kiedy mogę spacerować?

Udanego odpoczynku Ci życzę,

Justyna