Myśli i słowa. Słowa i czyny. O spójności w naszym życiu.

Nie zawsze mówimy to, co myślimy. Nie zawsze też postępujemy tak, jak deklarujemy. Podobno o człowieku świadczą nie słowa, a czyny. A wszystko jak zawsze zaczyna się w głowie, gdzie ma swój początek i koniec myśl.

Nasz umysł przypomina czasami ogródek warzywny. Kiedy zasiejesz nasionka musisz trochę poczekać, aż wzejdą. Zanim to się jednak stanie, zwłaszcza w słoneczne dni, nasionka trzeba podlewać. Dbasz zatem o ten swój kawałek ziemi. Po kilku tygodniach gleba zaczyna się zielenić. Coś zaczyna wzrastać, jednak na tym etapie nie jesteś w stanie stwierdzić czym jest ta zielenina. Dopiero, gdy roślinki nabierają kształtu można rozróżnić czym są. Niestety wśród tych pożądanych gatunków warzyw bardzo szybko pojawiają się też chwasty… Chwasty mają to do siebie, że rosną błyskawicznie i często na tym pierwszym etapie przypominają nasze warzywka.

Jeżeli się nie przyłożysz i nie zadbasz o grządki wkrótce chwasty zabiorą warzywom słońce i wodę. Dlatego chwasty trzeba systematycznie wyrywać tak, by to co dobre, mogło spokojnie wzrastać. Z oczyszczaniem naszych myśli jest bardzo podobnie. O ich jakość i dostęp do słońca trzeba systematycznie dbać. Dlaczego?

Dlatego, że nasze myśli w bardzo dużym stopniu przekładają się na nasze życie. Niejednokrotnie zauważam, że ludziom, którzy mają pod górę jest często jeszcze trudniej. To niesprawiedliwe – możesz uważać. Zgadzam się, że to niesprawiedliwe, ale niestety tak jest. Zmiana nastawienia wobec życia pomaga nam zmienić perspektywę, widzieć w innych kolorach, a wreszcie sięgać po zmiany, których potrzebujemy.

Nasze myśli przekładają się na słowa. Słowa, które mówimy do innych oraz słowa, które mówimy do siebie i o sobie. Słowa mają moc tworzenia. Kształtują nasze relacje z innymi ludźmi, kształtują wiele zdarzeń, którym pozwalamy zaistnieć. Przekładają się na działania.

A o działaniach wiele pisać nie trzeba. One wpływają bezpośrednio na to, co wokół nas. Powiedziałabym jednak, że są bardziej efektem niż początkiem w całym łańcuchu, choć może wydawać się inaczej.

Tym, co ma znaczenie dla jakości naszego życia jest spójność tego, co myślimy z tym co mówimy i tego co mówimy z tym co robimy. Bez odpowiedniej dbałości o myśli, słowa i działania kształtujemy w naszym życiu dysharmonię.

Dlaczego jednak dzieje się tak, że nie zawsze mówimy to, co myślimy? Po pierwsze często sami nie dajemy sobie do tego prawa. Po drugie – boimy się. Boimy się odrzucenia, straty, niekorzystnej reakcji drugiej osoby. A wszystko to, co powinno być wypowiedziane, a nie jest, kumuluje się w nas i prędzej czy później wybucha – mniej lub bardziej głośno.

Możemy też przejść całe życie głosząc prawdy wszelkiej maści, ale dopóki nie znajdą one odzwierciedlenia w naszej rzeczywistości, dopóty będą tylko teorią. Możemy opowiadać o swoich planach czy marzeniach, ale dopóki nie zaczniemy działać, dopóty będą to tylko piękne wizje.

I co najważniejsze w całej tej układance to nie to, co pomyślą sobie o nas inni, ale to, co sami o sobie możemy powiedzieć. Trafiłam ostatnio na fajny cytat w jednym z kobiecych czasopism. „Chcesz poczuć więcej radości z życia? Nie próbuj robić wrażenia na innych, spróbuj zrobić wrażenie na sobie.”

Dużo się nas uczy o tym jak wyglądać i mówić na rozmowie kwalifikacyjnej, żeby było to spójne. Warto może potraktować życie jak rozmowę kwalifikacyjną i każdego dnia dbać o osiąganie spójności w zakresie myśli, słów i czynów, tak by móc zrobić pozytywne wrażenie na sobie, a tym samym zyskać najważniejszą posadę w swoim życiu – posadę kapitana łodzi, którą płyniemy w konkretnym kierunku.

O przemocy wobec kobiet.

W mediach sporo mówi się o przemocy wobec kobiet. Nie ma chyba tygodnia byśmy nie słyszeli o jakimś okrutnym pobiciu (niestety!). Większość informacji, które do nas docierają traktuje jednak o kobietach młodych, które zajmują się swoimi niedorosłymi jeszcze dziećmi. W ciągu ostatnich lat kwestie przemocy domowej są dość intensywnie nagłaśniane, co sprawia, że wielu kobietom udaje się zmienić swoje życie i wyrwać spod panowania oprawcy. A jak to wygląda w przypadku kobiet starszych? Takich, które od dziesiątek lat żyją w związku ze swoim mężem-prześladowcą…

Znam historię takiej kobiety. Ma ona obecnie 69 lat i większość życia spędziła u boku mężczyzny, który znęcał się nad nią w przeszłości i wciąż się nad nią znęca. Tak, nawet dziś, kiedy oboje są schorowanymi, starszymi ludźmi… Pobicia, podduszanie, zastraszanie, wymuszenia na tle seksualnym, codzienne mieszanie z błotem kobiety, która jednocześnie opiekuje się tym chorym i niepełnosprawnym mężczyzną.

Ludzie ci wychowali razem czworo dzieci, których losy także nie są proste. Tylko jedno z nich jest w związku małżeńskim. Małżeństwa pozostałej trójki rozpadały się prędzej czy później. Z tych małżeństw wyrosły dzieci, które także nie miały najlepszych wzorców rodzinnych.

W wielu kampaniach dotyczących przemocy wobec kobiet często zaznacza się wpływ toksycznych relacji na dzieci. Z tego jednak, co pokazuje ten przykład, wpływ ten sięga nawet następnego pokolenia. Oczywiście, że nie zawsze musi tak być. Każdy z nas jest inny i każdy inaczej poradzi sobie w życiu, ale chcę Ci powiedzieć, że przemoc może mieć swoje skutki znacznie dalej, niż jesteśmy w stanie dostrzec.

Dlaczego ta kobieta nie odeszła i pewnie już nigdy nie odejdzie? Dlatego, że czasy w których składała przysięgę małżeńską były zupełnie inne niż te dzisiaj. Biorąc pod uwagę kwestię jej religijności śmiem przypuszczać, że ta przysięga ma dla niej także ogromną wartość. „Na dobre i na złe.” Tylko czy warto było poświęcić dobro swoje i dzieci w imię przysięgi złożonej niewłaściwemu człowiekowi?

Możesz się zastanawiać dlaczego dzieci tej kobiety godzą się na tą sytuację? Przecież wiedzą, co działo się za zamkniętymi drzwiami ich domu… No i w tym miejscu dzieje się coś, co trudno zrozumieć, a o czym więcej mógliby powiedzieć psychologowie. Po jednej z ostrzejszych akcji minionego roku mężczyzna znalazł się w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy to się stało wszystkie dzieci głęboko mu współczuły – powiem więcej – oni czuli się współwinni „nieszczęścia” ojca. Sytuacja ta wyglądała podobnie w przypadku żony. Pomimo strachu i niekończących się gróźb przyjęła męża ponownie pod wspólny dach.

Niezrozumiałe jest dla mnie także działanie zarówno policji jak i szpitala psychiatrycznego. Mężczyzna spędził tam około trzech tygodni, po czym opuścił mury szpitala. Bez konsekwencji, bez terapii. Jakby został uleczony… Pokrzywdzona kobieta także nie otrzymała żadnej pomocy i nawet przez myśl jej nie przeszło, by gdzieś się po nią zwrócić, bo tak jak wspomniałam – czuła się winna, że w ogóle do takiej sytuacji doszło…

Mechanizmy psychologiczne pojawiające się w relacji „kat-ofiara” są bardzo skomplikowane. Nie jestem władna wyjaśnienia ich, ale określenie tego zjawiska jako „współuzależnienie” to w tym przypadku za mało. Coraz więcej ofiar przemocy domowej samodzielnie sięga po pomoc, ale martwi mnie los tych, które nie potrafią – z różnych powodów. I w tym miejscu brakuje wsparcia zewnętrznego. Jedna sprawa to kampanie mówiące kobietom „możesz, poradzisz sobie”, a druga sprawa to konkretna pomoc psychologiczna oferowana w takiej sytuacji kobietom pokrzywdzonym, której w moim odczuciu brakuje, a jeżeli już jest, to droga skorzystania z niej jest zbyt długa, by mogła być skuteczna .

W związku z tą bardzo smutną historią nasuwa mi się jedna, kluczowa refleksja. Nasze życie nie zmienia się samo!!! W bardzo wielu przypadkach tylko konkretne decyzje mogą je realnie zmienić. Decyzje, które są mocno osadzone w potrzebie zmiany. I jeśli mówimy do kobiet, będących ofiarami przemocy „możesz odejść, dasz sobie radę” to warto też dodać „tylko Ty możesz zmienić swoje życie”, „to od Ciebie zależy, co wybierasz”. Bo odpowiedzialność za moje życie spoczywa tylko na moich barkach. Jakkolwiek to niekomfortowe, to jednak bardzo prawdziwe.

Czas.

Tyk, tyk, tyk, tyk, tyk, tyk, tyk, tyk, tyk, tyk, tyk… Słyszysz? Mija!

Bezszelestnie, niemal niezauważalnie, gdzieś pomiędzy początkiem i końcem. O tym jak wielkie ma znaczenie przekonujemy się najczęściej, gdy liczą się sekundy… Sekundy czasu…

Kiedy budzimy się każdego dnia wydaje nam się, że mamy przed sobą jeszcze mnóstwo czasu, przecież masz dopiero 20, 30 czy 50 kilka lat, wciąż czeka na Ciebie tyle nowych dni. Też tak myślałam, do czasu… Do czasu, gdy w tragicznym wypadku zginął mój tata. Wierz mi, to był zwyczajny dzień, taki jak wszystkie inne. Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć. Wpadłyśmy z Iskierką do niego w odwiedziny, a po 17:00 wracałyśmy do domu. Tata wyszedł do swoich obowiązków chwilę przed nami… i nigdy już nie wrócił.

Następnego dnia dowiedziałam się, że nie żyje.

Wtedy też uświadomiłam sobie jak bardzo myliłam się sądząc, że wciąż jest na wszystko czas. Zrozumiałam ile możliwości przegapiłam, odkładając je na przyszłość, ile rzeczy mogłam jeszcze zrobić, gdybym nie odkładała ich na później. Dotarło do mnie, że wszystko, co naprawdę ma znaczenie dzieje się teraz… nie za godzinę, nie jutro i nie za rok. Teraz.

W książce Jacka Walkiewicza „Pełna moc możliwości” przeczytałam o planowaniu życia w perspektywie roku, traktując ten czas tak, jakbyśmy mieli tylko ten rok. Rzeczywiście jest tak, że myślenie w ten sposób motywuje nas do bardziej efektywnego zaplanowania przyszłości i realizowania nawet najbardziej śmiałych pomysłów, ale powiem szczerze, że bardziej przemówiło do mnie bliskie spotkanie ze śmiercią niż jakakolwiek złota myśl, którą w życiu przeczytałam. Bardzo dogłębnie zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi.

Nieustannie brodzimy w pewnego rodzaju iluzji przyszłości. Jako małe dzieci czekamy aż pójdziemy do szkoły, potem czekamy na każde ferie i wakacje. Przez ostatni rok podstawówki snujemy wizję szkoły średniej i naszego pomysłu na zawodową przyszłość. Zaczynając studia myślimy o ich ukończeniu i znalezieniu wymarzonej pracy. Wkraczając w dorosłe życie planujemy założenie rodziny, ścieżkę rozwoju kariery, budowę domu czy zakup mieszkania. Przez bardzo wiele czasu jesteśmy „gdzieś” i „kiedyś”. A bardzo małą jego część spędzamy tu i teraz.

Może wydawać Ci się to górnolotne. Możesz myśleć, że takie podejście nie jest dla Ciebie, bo masz dziś tyle na głowie, że nie masz już na nic czasu, a ja Ci chcę powiedzieć, że masz czas… właśnie dziś masz czas uczynić ten dzień takim, jakim chcesz aby był. Wiesz w jaki sposób? Robiąc choć jedną małą rzecz, która uczyni Cię szczęśliwszym człowiekiem bądź stawiając choć jeden mały krok w kierunku celu, którego realizacji sobie życzysz. Robiąc cokolwiek, co pozwoli Ci poczuć, że żyjesz, właśnie teraz.

Od dnia wypadku taty tak właśnie traktuję każdy dzień, choć bywa bardzo, bardzo różnie i nie zawsze fajnie. To każdego dnia staram się żyć tak, by wykorzystać maksymalnie czas, który mam. Teraz.

„Żyjesz tu, teraz. Hic et nunc.

Masz jedno życie, jeden punkt.

Co zdążysz zrobić, to zostanie,

Choćby ktoś inne mógł mieć zdanie.”

– Czesław Miłosz

O szukaniu przestrzeni w sobie.

Każdy z nas wielokrotnie staje w życiu w obliczu bardzo różnorodnych wyzwań – niezależnie od tego kim jest i czym się zajmuje. Takie jest życie. Każdy z nas bywa bardzo skupiony i bardzo roztargniony, spokojny i wzburzony, radosny i smutny. Każdy z nas miewa lepsze i gorsze dni. Czasy, gdy przenosi góry i takie, gdy jest bardzo pod górę.

Wszyscy szukamy jakiegoś sposobu by żyło nam się po prostu dobrze. Jaki to sposób? To już zależy od hierarchii wartości. Dla jednych najważniejsza jest rodzina, inni stawiać będą na karierę, a jeszcze inni na rozwój duchowy. Tyle jest rozwiązań ile ludzi.

Wszyscy też dość często zmagamy się z „brakiem czasu”, co wiąże się z próbą zorganizowania życia tak, by nam to pasowało. W tym miejscu obserwuję trzy główne nurty. Reprezentanci pierwszego nurtu bardzo często nie ogarniają. Nie oznacza to, że jest im źle w tym systemie. Tego nie mówię. Po prostu tak już mają, że ich życie toczy się w zdezorganizowany sposób.

Reprezentanci drugiego nurtu za to ogarniają wszystko i czasami wszystkich dookoła. To te cudwne panie domu, którym błyszczą podłogi, tudzież spełnione matki i bizneswoman w jednej osobie. W tym także nie ma nic złego – ważne, by działać w zgodzie ze sobą.

Reprezentanci trzeciego nurtu plasują się gdzieś po środku, przejawiając zdystansowany stosunek do otaczającej ich rzeczywistości. Czasami nie ogarniają i pozwalają sobie na „rozmemłanie”, a kiedy chcą lub sytuacja od nich tego wymaga potrafią działać cudownie zmobilizowani.

Niezależnie od tego, w którym nurcie odnajdujesz siebie tym, na co warto zwrócić uwagę jest sposób, w jaki budujesz swoją wewnętrzną życiową przestrzeń. Mówi się często, że w życiu możesz mieć wszystko. Nie wiem czy to prawda, bo nawet do tego nie dążę, wiem za to, co jest dla mnie ważne i na czym zależy mi dzisiaj. Wiem również, że moje wymarzone cele nie zaistnieją w materialnym świecie dopóki nie stworzę na nie przestrzeni wewnątrz siebie.

Kiedy opiekowałam się moim dziadkiem przez długi czas było mi trudno znaleźć czas na cokolwiek. Opowiadałam o tym w jednym z wpisów. Opieka nad starszą osobą, małym dzieckiem, remont domu i ogarnianie wszystkiego wokół sprawiały, że odczuwałam brak czasu na cokolwiek. Ale… nadszedł taki dzień, kiedy czułam, że chcę czegoś dla siebie – niezależnie od okoliczności, w których funkcjonuję. I od tego dnia, systematycznie i powoli tworzyłam w sobie przestrzeń do podjęcia aktywności, która pomoże mi zachować choćby najmniejszą cząstkę dnia tylko dla siebie. Musiałam sobie jednak najpierw na to pozwolić, potem poszukiwać sposobów, a potem nie poddać się, gdy było już bardzo blisko, a pojawiały się niespodziewane przeszkody.

Dla mnie w życiu nie jest najważniejsze czy zorganizuję dzień od A do Z, nie jest też ważne czy czasami zapanuje chaos. Dla mnie ważne jest na co chcę mieć miejsce, czas i siły w danym momencie, a reszta po prostu się układa. Bywały okresy ogromnego skupienia na realizacji celów zawodowych, był też czas zupełnego wyłączenia albo poświęcenia się obowiązkom rodzinnym. I każdy z nich był we właściwym dla siebie czasie – gdy tego potrzebowałam, gdy stworzyłam w mojej głowie i sercu miejsce na zaistnienie tych okoliczności. Na pewno wiele jest możliwe, gdy ziarno pada na podatny grunt.

Więcej przestrzeni Ci życzę,

Justyna

Pułapka pozytywnego myślenia.

Pozytywne myślenie jest ważne. To jedna z cech postawy optymistów. Niektórzy twierdzą, że można się go nawet nauczyć. Tego nie wiem, bo urodziłam się optymistką, ale… Nie jestem przekonana, że rzeczywiście w każdych okolicznościach jesteśmy zdolni myśleć pozytywnie…

W wielu książkach z zakresu rozwoju osobistego przeczytać można jak bardzo ważne jest pozytywne myślenie. Są eksperci, którzy proponują nawet ćwiczenie polegające na zamienianiu każdej negatywnej myśli na trzy pozytywne. Uważam jednak, że tak jak we wszystkim, także w takim podejściu trzeba zachować umiar.

Życie jest życiem i nie zawsze klepie nas po ramieniu, czasami klepie na po du*** i to nie jest teoria książkowa, to jest fakt. A my, jako istoty myślące, potrzebujemy zwykle trochę czasu na refleksję. Jednak oprócz refleksji potrzebujemy też odczuć wszystko, co kołacze się wtedy w naszej duszy. W trudnych chwilach towarzyszą nam zwykle trudne emocje i nie ma sposobu, by tak się nie stało. Czy naturalnym dla nas zachowaniem wtedy jest zamienianie negatywnych myśli na pozytywne? Nie sądzę. Ja tak nie potrafię. Owszem, gdy minie pierwszy szok staram się szukać rozwiązania problemu, pogodzić się ze stratą, tudzież próbować zrozumieć dlaczego stało się to, co się stało, ale jeżeli czuję się zła, smutna czy sfrustrowana nie porzucam siebie w takim momencie na rzecz budowania iluzji, że wszystko jest w porządku i będzie coraz lepiej…

Czasami obudzę się z chandrą, niewyspana albo po prostu jakaś nie w sosie. Wówczas nie uśmiecham się do siebie w lustrze i nie mówię sobie, że „jest dobrze”. Z drugiej strony nie zakładam także, że zły poranek przesądza o moim samopoczuciu na cały nadchodzący dzień. Po prostu rozumiem, że w tym momencie czuję się tak, jak się czuję i przyjmuję to ze spokojem, bo po południu mogę być już radosna jak skowronek i to też będzie OK. Kiedy ktoś mnie wkurzy też sobie nie mówię, że „jest dobrze”, bo wcale nie jest i wcale nie musi być.

Czy powtarzanie zdań typu: czuję się świetnie, wiedzie mi się wspaniale; jest dobrze; jest coraz lepiej, ma sens, kiedy czujemy się tak podle, że chce nam się płakać? Czy to nie trąci rozstrojeniem jaźni?

Jeżeli znajduję się w trudnym położeniu, albo w typowej ślepiej uliczce nie wmawiam sobie, że wszystko jest piękne i proste, ale staram się DZIAŁAĆ. Robić coś, co pomoże mi wydostać się z kryzysu. Nie zatracam się także w meandrach moich negatywnych myśli i nie snuję negatywnych scenariuszy… No dobra, czasami jednak je snuję, ale rozpoznaję ten mechanizm i nie pozwalam mu się rozpanoszyć w mojej głowie. Skupiam się na tym, co naprawdę ważne i na czym mi zależy, a wtedy wcale nie potrzebuję klepać pokrzepiających formułek, bo wtedy wiem całą sobą, że zły los wkrótce się odmieni, ale ja powinnam aktywnie mu w tym pomóc. Od kilku pozytywnych myśli nie zrekonstruję ruin, ale już wykorzystując swoje możliwości mam spore szanse na odbudowanie tego, co legło w gruzach.

Pozytywne myślenie jest ważne, ale nie zagwarantuje nam zmiany życia, jeśli w ślad za pozytywnymi myślami nie pójdzie pozytywne działanie. Lansowany obecnie model pozytywnego myślenia, w moim odczuciu, niezupełnie pasuje do rzeczywstości, bo brakuje w nim „uziemienia” – połączenia z tym, co rzeczywiście nas spotyka i jak różne, a czasami trudne potrafi być życie.

Niemniej jednak, wszystkiego pozytywnego Ci życzę 🙂

Justyna

Wszystko na już. O życiu „instant”.

Mężczyzna zalał kawę wrzątkiem. Miał ochotę na tę fusiastą, tradycyjną. Po chwili zamieszał ją łyżeczką, po czym od razu chciał się napić, ale fusy mu w tym przeszkadzały, no i do tego wrzątek. Nieco poirytowany postanowił dolać mleka – tak szybciej będzie chłodna. Niestety kawa nie zdążyła się dobrze zaparzyć i fusy unosiły się jeszcze przez jakiś czas na powierzchni… Poirytowany mężczyzna wziął drugi kubek. Wsypał dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej, zalał wodą, dolał mleka, napił się i pośpiesznie wyruszył w stronę komputera.

Co się dzieje, gdy wysyłasz e-mail i nie dostajesz szybkiej odpowiedzi? Przecież jej potrzebujesz, na dziś albo nawet na wczoraj. Masz kilka spraw do zamknięcia.

Albo… gdy czekasz w kolejce w sklepie… Słyszysz to wzdychanie za swoimi plecami?

Fast foody. Kawa na wynos w podziemiach metra. Szybka komunikacja. Szybki Internet. Pędzący konsumpcjonizm. Smartphone, Smartwatch. Inteligentne domy. To tylko niektóre z „objawów”, a gdzie jest źródło? Oczywiście jak zawsze, źródło jest w nas. Moje pytanie brzmi, skąd się tam wzięło?

Czytając to, co do mnie piszecie albo słuchając tego, o czym mówi się w moich rodzinnych bądź przyjacielskich kręgach dochodzę do wniosku, iż niemal wszyscy jesteśmy świadomi, że żyjemy bardzo szybko, ale… nie zawsze jest nam z tym dobrze. Rozwój globalny, za którym obecnie podążamy ma mnóstwo zalet – nie śmiałabym tego negować. Ale… niestety bardzo często można zagubić się w tym biegu, a wtedy nie jest już tak kolorowo.

Przede wszystkim nurtuje mnie zgubny wpływ „kultury instant”, która zdaje się wtargnęła w nasze życie z ogromną mocą. Zniekształciła nie tylko nasze nawyki żywieniowe, ale przede wszystkim zaburzyła obraz naszych wartości i tego, czego rzeczywiście do życia nam potrzeba.

Dziś czujemy, że musimy mieć wszystko od zaraz. Nowe buty, ubrania, samochody czy gadżety, ale nie tylko… Pragniemy zmiany – znajdziemy na pewno mnóstwo programów prowadzących do zmiany w 21 lub w 90 dni. Wersja druga przeznaczona tylko dla bardziej cierpliwych.  Pragniemy wzbogacić się – też się da, znacznie szybciej niż kiedyś. Nowa pasja – wystarczy kilkanaście „kliknięć” i możesz mieć wkrótce nowy aparat, wędkę, ul, kurs online albo czego jeszcze zechcesz.

Cierpliwość i pokora nie są naszą mocną stroną. A życie rządzi się pomimo wszystko swoimi prawami. Są zmiany, które wymagają czasu. Są sprawy, których nie załatwimy od ręki. Są chwile, które nie chcą szybko minąć. Wobec różnych życiowych tarapatów możemy przejawiać dwie zasadnicze postawy. Pierwszą z nich jest natychmiastowa chęć zmiany. Jeśli nie jest to możliwe pojawia się ogromna frustracja i rozczarowanie. Druga z nich wiąże się z nabraniem dystansu do problemu i pozwoleniu sobie na spokojne poszukiwania najlepszego dla nas rozwiązania.

Mój tata w obliczu wyzwań często mówił: „Spokojnie, powoli…” Wiesz, co się ze mną działo jak ja słyszałam to „spokojnie, powoli”…??? Gotowałam się! Doprowadzało mnie to do poziomu wrzenia 😉 Dziś jednak widzę, że w tym stwierdzeniu zawiera się nie tylko sporo mądrości, ale też pewnego rodzaju wolność. Wolność do poddania się swobodnemu przepływowi życia. Wolność do chodzenia własnymi ścieżkami. Wolność do decydowania o sobie.

Zapominamy o tym jak wiele nam wolno! Zamiast tego czujemy na swoich barkach coraz więcej przymusu… Przymusu posiadania, przymusu osiągania, przymusu dążenia, przymusu konsumowania i wreszcie przymusu sukcesu. Na już!

Gdzie jest źródło „natychmiastowości”? Jest poza nami, a jednak już w nas. Kreowane przez środki masowego przekazu. Nie ma w tej kreacji dosłowności. Nie jest bezpośrednia. Nie ma w niej słowa „musisz” jest słowo „potrzebujesz”. Chłoniemy to.

Wszystko jednak ma swoją cenę. Wydaje nam się, że żyjąc szybko więcej przeżywamy, że więcej czerpiemy z życia. Myślę jednak, że sporo nas omija.

Jaki ja mam na to sposób? Poszukuję. Wybieram. Decyduję. Wierna sobie.

Spowolnienia Ci życzę, majówkowo 😉

Justyna