Czy rzeczywiście wiemy, czego naprawdę nam potrzeba?

Dziś chciałabym spojrzeć na listę marzeń czy potrzeb, którą trzymasz w notatniku z trochę innej perspektywy. Nie chodzi mi o to, co się na niej znajduje. Chodzi mi o to dlaczego to się tam znajduje?

Bardzo nie lubię jak moje dziecko ogląda bajki w telewizji – nawet jeśli kanał i treść bajki są dla Iskierki odpowiednie omijam tą formę szerokim łukiem. Dlaczego? Wystarczy, że usiądziesz 15 minut przed telewizorem, a w przerwie pomiędzy bajkami (która czasami trwa tyle co jedna bajka) zobaczysz kilkanaście reklam zabawek i gadżetów, których nasze dzieci potrzebują, bezwzględnie i od zaraz… Po takiej dawce kolejnych 15 minut spędzam na tłumaczeniu Iskierce, że nie możemy kupić jej tych wszystkich zabawek, wymyślając przeróżne argumenty w zależności od okoliczności. Oczywiście wiadomo, że niejednokrotnie pojawia się zupełnie niepotrzebna frustracja.

Ale… jest coś jeszcze. Ten sposób działa nie tylko na dzieci. I o ile jako dorośli ludzie często zdajemy sobie sprawę z tego, że reklamy kreują pewne potrzeby, o tyle równie często nie dostrzegamy jak głęboko docierają i że mogą kreować znacznie więcej. Mam tutaj na myśli wzorce zachowań, postawy wobec otaczającej nas rzeczywistości, trendy.

Mechanizm ten w pozytywny sposób wykorzystują kampanie społeczne. Pamiętasz może jakieś 10-12 lat temu przeprowadzono cykl kampanii na temat zapinania pasów podczas jazdy samochodem. W latach dziewięćdziesiątych pasów raczej rzadko używano, choć wiadomo, że były obowiązkowe, ale nie każdy samochód był wyposażony w pasy na przykład z tyłu. Warto też dodać, że liczba samochodów poruszających się po naszych drogach oraz osiągane przez nie prędkości nie były aż tak duże, ale… szybko zaczęło się to zmieniać, a przekonanie ludzi do zapinania pasów nie było już takie łatwe… Toteż trochę nas postraszono, trochę uświadamiano, trochę nam zobrazowano, a w efekcie kampanie wywarły pożądany skutek… Kierowcy i pasażerowie zaczęli zapinać pasy. To nie była kwestia jednej kampanii, trwało to myślę około 2-3 lata, ale osiągnięto trwałą zmianę społeczną.

Ale… mechanizm kreowania potrzeb wykorzystywany jest we wszystkich branżach. Zmienia się nasze nawyki żywieniowe (weźmy pod uwagę tak bardzo popularny ostatnio weganizm czy wegetarianizm). Zmienia się światopogląd. Kreowane są często sztucznie potrzeby rozwoju, doszkalania się, studiowania, robienia kariery (bywa, że za wszelką cenę). Jednak jest w tym wszystkim jeszcze jeden kruczek. Przecież to my sami decydujemy o sobie. Wybieramy dla siebie to, co najlepsze. I to mnie nurtuje najbardziej… Czy rzeczywiście potrafimy rozróżnić to, czego naprawdę nam potrzeba od tego, co może nam się wydawać, że potrzebujemy?

Patrząc jak niemal wszyscy żyjemy na kredyt, jak zatracamy się czasami w pogoni za złudnymi wartościami, jak pragniemy coraz więcej i więcej, nie jestem o tym przekonana. Fajnie jest mieć cele, dobrze jest podążać za swoimi marzeniami, ale warto zwracać uwagę na to, co naprawdę jest dla nas wartościowe. Czy nam to służy, czy nie. Czy czujemy się z tym dobrze, czy nie. Oceny warto dokonać w myśl starego powiedzenia „nie wszystko złoto, co się świeci”.

I żeby było jasne, nie jestem przeciwniczką posiadania nowoczesnych gadżetów, ubierania się w modne ubrania czy robienia kariery. Nie! Jestem na tak. Pod warunkiem jednak, że naprawdę tego chcesz, odpowiada Ci to, czujesz się z tym dobrze. Jeżeli robisz coś, co ma Ci służyć, ale wewnątrz czujesz pustkę, to znaczy, że coś nie gra. Jeżeli działasz, starasz się być aktywnym człowiekiem, ale głównie po to, by zaimponować innym, to znaczy, że coś nie gra. Jeżeli interesują Cię nowinki technologiczne, ale chcesz je mieć, by czuć się fajnie wśród grupy znajomych, to też coś nie gra. „Dlaczego?” jest tutaj pytaniem kluczem. To za nim kryje się prawdziwy motyw.

Od dłuższego czasu nurtuje mnie czy naprawdę aż tyle osób potrzebuje studiować, bo ma taką wewnętrzną potrzebę? Czy jako ludzi definiuje nas poziom życiowych osiągnięć? Skąd tak wiele osób ma potrzebę zrobienia kariery przed trzydziestką? Czy później życie się skończy? Jest jeszcze wiele pytań, które można zadać w tym miejscu. Nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo każdy z nas jest inny. Jednak jestem pewna, że nie każdy z nas musi żyć w sposób, jaki kreują media, a wyżej globalne koncerny wszelkiej maści.

Jestem przekonana, że w życiu wszystko ma swój czas, a każdy z nas ma swoją drogę. Wiele decyzji może być prostszych. Wiele możliwości ma szansę zaistnieć, jeśli naprawdę im pozwolimy. Wiele jest okazji do rozwoju w naturalny, niewymuszony sposób. Wiele więcej możemy się o sobie dowiedzieć, podążając za głosem serca czy intuicji aniżeli za głosem spikera z reklamy.

PAUZA.

Wakacje są takim czasem, kiedy najbardziej odczuwamy potrzebę odpoczynku. Rozleniwiamy się nieco w upalne dni. Marzymy o opuszczeniu biurowych pomieszczeń i spędzeniu czasu na słońcu. Wyjeżdżamy na urlopy, odwiedzamy rodzinę albo nadrabiamy domowe zaległości. Istotne jest jednak, że wszyscy szukamy w tym czasie przestrzeni na pauzę – regenerację.

Chwile zatrzymania są nam bardzo potrzebne. Świat goni i stawia przed nami setki wyzwań, niejednokrotnie nie pozostawiając nam chwili na spokojny oddech. A na bezdechu długo nie pociągniemy. Wiedzą to wszyscy ci, którzy stracili zdrowie w wyniku pogoni. Wiedzą to wszyscy ci, których bliskie relacje rozpadły się, bo nie było ich w domu. Wiedzą to wszyscy ci, których życie mijało w biegu, a na końcu okazało się, że właściwie zostali z niczym.

Cele, sukcesy, dążenie do przodu – to wszystko jest szalenie ważne, ale tak jak pomiędzy słowami stawia się przecinki, tak i pomiędzy kolejnymi etapami naszej wędrówki powinna mieć miejsce pauza. Czas zatrzymania, który wcale nie musi być czasem wypoczywania w cieniu palm… Przede wszystkim to powinien być czas przeznaczony na weryfikację planów i refleksję nad tym, co było, jest i będzie. Czasami życie samo stawia nas w sytuacji, kiedy musimy sobie wszystko przemyśleć. Dzieje się tak często wtedy, gdy znajdujemy się już na skraju. I wcale nie musi wydarzyć się to w formie lekkiego kuksańca, powiedziałabym nawet, że wtedy funduje nam solidnego kopniaka… Znacznie łatwiej jest samemu zdecydować się na znalezienie w swoim napiętym grafiku czasu na przemyślenie co działa, a co nie działa. Co mi służy, a co niekoniecznie? Czy na pewno zmierzam we właściwym kierunku albo czy sposób w jaki próbuję dojść do celu rzeczywiście działa?

Dlaczego weryfikacja jest nam bardzo potrzebna? Powiem Ci jak to było u mnie. Punktem zwrotnym – dotychczas najsilniejszym – był dzień, w którym zostałam mamą. Macierzyństwo zmieniło u mnie absolutnie wszystko. Ale… nie od razu zmieniały się moje utarte wzorce myślenia czy działania… Toteż w efekcie rozbiłam się boleśnie głową o ścianę, i to nie raz! Refleksja też nie przyszła od razu, ale po kilku wstrząsach – niestety. Chciałam realizować wyznaczone cele metodami, które działały, gdy Iskierki nie było jeszcze z nami. Dość brutalnie przekonałam się, że to niemożliwe. Właśnie wtedy życie zafundowało mi pauzę, której wcale sobie nie życzyłam i która kosztowała mnie sporo frustracji. Dzisiaj wiem, że ten czas był mi niewiarygodnie potrzebny, wtedy tego nie wiedziałam. Dzisiaj wiem także, że jak coś nie działa albo mi nie służy to potrzebna jest weryfikacja, potrzebny jest czas na refleksję, potrzebna jest chwila oddechu. Bez tego nie ruszam dalej.

Obecnie w naszej kulturze zauważam dwa dominujące trendy. Z jednej strony widoczny jest kult sukcesu, samorealizacji, rozwoju. Z drugiej strony slow life, uważność, życie pełne refleksji. Obydwa niosą ze sobą bardzo wartościowy przekaz. W moim odczuciu miejsce, gdzie wielu z nas poczuje się dobrze jest gdzieś po środku.

Trzy rozwojowe ćwiczenia, które wniosły najwięcej zmian w moim życiu.

Przeczytałam naprawdę sporo książek z zakresu rozwoju osobistego – nie wszystkie wnosiły coś wartościowego do mojego życia. Niemal każda z nich wymagała wykonywania oferowanych zadań, które miały na celu poprowadzenie czytelnika w obranym przez niego kierunku. Spośród wszystkich tych ćwiczeń w moim życiu realne zastosowanie znalazły trzy, które naprawdę dużo zmieniły i wciąż zmieniają.

Numer 1

Poranne strony – propozycja Julii Cameron z książki „Droga Artysty”.

Ćwiczenie polega na zapisywaniu każdego ranka trzech stron wszelkich myśli, które kołaczą nam się po głowie. Nie musi być składnie ani stylistycznie, ma być bardzo od szczerze. Pisałam przez kilka miesięcy, codziennie niezależnie od okoliczności zewnętrznych – zmieniło się bardzo dużo. Tym, co jednak cieszyło mnie najbardziej był fakt, że znalazłam najfajniejszy dla mnie sposób na konfrontację z samą sobą – ze swoimi zmartwieniami, ze swoim wewnętrznym krytykiem, ze swoim strachem, ze swoimi bolączkami. Dzięki temu ćwiczeniu wypracowałam najgłębszą przemianę wewnętrzną.

Numer 2

Gdyby został Ci tylko rok – propozycja ćwiczenia, a raczej sposobu myślenia, którą zaczerpnęłam z książki Jacka Walkiewicza „Pełna moc możliwości”.

Wydaje się bardzo proste, w rzeczywistości jest jednak inaczej. Metoda ta zakłada planowanie życia w skali roku tak, jakby miał być to ostatni rok naszego życia. Chodzi o wzbudzenie wewnętrznej motywacji i zaprzestanie odwlekania realizacji planów, które są dla nas bardzo istotne, ale z jakichś powodów (których zwykle znajdzie się przynajmniej kilka) odkładamy ich realizację na przyszłość… Wciąż się tego uczę.

Numer 3

Zapisywanie celów – to propozycja powtarzająca się w niemal każdej pozycji książkowej z dziedziny rozwoju osobistego.

Nie warto lekceważyć tego zadania. Dlaczego? Dlatego, że to co zapisane ma większą moc. Podam bardzo prosty przykład. Niejednokrotnie mieliśmy z mężem fajne pomysły na spędzanie rodzinnego weekendu lub na krótkie wyjazdy, ale… kiedy przyszło nam gdzieś się wybrać pół dnia zastanawialiśmy się gdzie by tu pojechać… Do czasu aż pewnego dnia mój mąż wywiesił na lodówce małą karteczkę i zapisał kilka najczęściej wspominanych przez nas celów podróży. Potem dodawaliśmy kolejne, ale też jak bardzo szybko się okazało wykreślaliśmy te już zrealizowane – i to jeden po drugim. Nie twierdzę, że te niezapisane cele nigdy nie doczekają się realizacji, ale na pewno zapisanie sobie kilku priorytetów nastawia nas bardziej bojowo do ich realizacji.

Jeżeli któreś z tych ćwiczeń zwróciło Twoją uwagę – polecam spróbować. Ja stosuję je do dziś – z różną intensywnością i w zależności od potrzeb. Czasami dokonuję rewolucji, a czasami skupiam się na małych, codziennych celach. Ważne, że idę naprzód.

Plany do spełnienia czy pobożne życzenia…?

Bardzo pobożny człowiek znalazł się w trudnej sytuacji, zaczął się więc modlić w następujący sposób: „Panie, przypomnij sobie te wszystkie lata, kiedy służyłem Ci najlepiej, jak mogłem, o nic nie prosząc w zamian. Teraz, gdy jestem stary i zrujnowany, proszę Cię o przysługę pierwszy raz w życiu i wierzę, że mi nie odmówisz: proszę Cię, pozwól mi wygrać na loterii”.

Mijały dni, potem tygodnie i miesiące, ale nic się nie stało. W końcu pewnej nocy zrozpaczony krzyknął:

– Dlaczego nie dajesz mi szansy, Boże?

I nagle usłyszał głos Boga mówiącego:

– To ty daj mi szansę. Czemu nie kupisz kuponu loteryjnego?

– Anthony de Mello „Kup kupon loteryjny” w „Modlitwa żaby”


Kiedyś bardzo chciałam zostać konsultantem ślubnym. Dużo sobie o tym myślałam, dużo wizualizowałam i dużo wyobrażałam, ale konsultantem ślubnym się nie stałam. Zabrakło działania. Marzenie to przypominało mi bardziej pobożne życzenie.

Kilka miesięcy temu zapaliła się we mnie iskra do stworzenia bloga. Kupiłam wielki niebieski brystol i zapisałam na nim wszystkie moje pomysły na to przedsięwzięcie. A potem zabrałam się do pracy. Znalazłam platformę obsługującą bloga, kupiłam domenę, stworzyłam go i zaczęłam pisać. Nauczona doświadczeniem wiedziałam już, że same chęci niewiele mi pomogą, jeśli nie będzie deptać im po piętach działanie.

W ostatnim czasie wraz z moim mężem znów ruszyliśmy do działania. Zauważam, że mamy w naszym życiu cykle. Są miesiące, kiedy intensywnie pracujemy i wtedy wydarza się co najmniej kilka istotnych zmian i są miesiące, kiedy się regenerujemy, tudzież zbieramy siły do kolejnych podbojów. To, co nas charakteryzuje to jest stałe dążenie naprzód. Niewymuszone, zrównoważone, mniej lub bardziej dynamiczne, ale… systematyczne. Nie pokładamy nadziei w cudach czy dobrym losie. Wiemy, że wsparcie „z góry” jest potrzebne, ale to w nas jest początek.

Czytałam czy słyszałam niejednokrotnie, że podążanie w wyznaczonym kierunku sprawia, że cały Wszechświat nam rusza z pomocą. Nie zaprzeczam, ale chcę uwzględnić, że ta „pomoc” nie zawsze wygląda tak, jak ją sobie wyobrażamy… a czasami może nawet przypominać przeszkody. I to jest w tym wszystkim najtrudniejsze… Pomaga za to naprawdę bardzo wyzbycie się oczekiwań jak ma wyglądać droga wiodąca ku spełnieniu planów. Bo wierz mi, w moim przypadku chyba nigdy nie było tak, jak sobie wyobrażałam 😉

Chcę Ci dziś powiedzieć, że aby coś w życiu zmienić, pójść naprzód, rozwinąć się, wzbogacić czy osiągnąć cokolwiek, o czym marzysz nie wystarczy tylko chcieć… albo żarliwie się modlić… Bywa, że potrzeba inwestycji. Bywa, że potrzeba ogromnych nakładów pracy. Na pewno zawsze potrzeba nam wiary, ale niekoniecznie wiary w cud, raczej wiary w siebie, we własne siły, w wartość naszych planów. I na pewno zawsze potrzeba nam działania – to jest siła napędowa pozwalająca zamieniać pobożne życzenia w spełnione marzenia…

„Gdy wysycha staw i ryby leżą na wyschniętej ziemi, zwilżanie jednym oddechem lub śliną nie zastąpi wrzucenia ich z powrotem do jeziora.

Nie ożywiaj ludzi ideałami; wyganiaj ich na powrót w Rzeczywistość; ponieważ sekret życia tkwi w samym życiu, a nie w doktrynach, które go dotyczą.”

– Anthony de Mello „Modlitwa żaby”

Szczęśliwe życie – po prostu.

Wszyscy dążymy do szczęścia. Tak już mamy. Chcemy żyć jako szczęśliwi ludzie i wieść szczęśliwe życie. Każdy z nas szuka własnego sposobu i każdy z nas inaczej odczuwa radość. Czy można sprawić, by mieć więcej szczęścia na co dzień? Myślę, że można i wcale nie potrzeba nam różowych okularów.

W Polsce wielu z nas ma wrodzony syndrom narzekania. Znam kilku mistrzów narzekania, ale jak możesz się domyślić, nie bardzo lubię z tymi osobami rozmawiać. Niejednokrotnie zauważyłam też, że rozpoczęcie rozmowy od nutki narzekania „zbliża” nawet obcych sobie rozmówców. Co nam to daje? Czasami chyba każdy z nas potrzebuje się trochę wyżalić, wygadać, zwłaszcza gdy chwilowo życie nie rozpieszcza – i to dobrze. Emocje powinny mieć ujście w jakiejś formie. Narzekanie staje się jednak bardzo złym nawykiem, kiedy wejdzie nam w nawyk i krąży w żyłach niczym krew.

Podczas ostatnich odwiedzin moja mama miała „okazję” trafić na dwie wędrujące po wsi panie – świadków Jehowy. Zastały ją akurat gdy ogarniała w ogródku i chcąc zagadnąć zapytały, czy wie co daje w życiu szczęście, na co moja mama odpowiedziała, że wcale nie musi się nad tym zastanawiać, bo jest bardzo szczęśliwym człowiekiem 🙂 Panie odwróciły się na pięcie i odeszły równie szybko, jak się pojawiły. Zdaje się, że nie spodziewały się takiej odpowiedzi.

Wiedzeni obowiązującymi społecznymi wzorcami bardzo często szczęścia upatrujemy „na zewnątrz”. Możemy szukać go tam przez całe życie. Tymczasem, w moim odczuciu szczęście nie jest pisane wybrańcom: ludziom sukcesu, ludziom sławnym, wybitnym umysłom. Szczęście jest pisane każdemu z nas, jeśli pozwolimy sobie otworzyć się na jego odczuwanie w najprostszej postaci. Cieszy mnie każdy dzień spędzony z rodziną, każdy poranek u boku ukochanego mężczyzny, każdy słoneczny dzień – pomimo obowiązków, dni wypełnionych pracą, złego humoru Iskierki, a nawet chwilowych problemów.  Wiem, czego pragnę, ale uczę się także rozpoznawać czego w danym momencie mi po prostu „wystarczy”. I to wcale nie jest łatwe. Umiejętność pozbywania się balastu tego, co „musimy” jest jedną z najcenniejszych, w tych dynamicznych czasach.

Żeby żyło mi się łatwiej planuję dni i tygodnie. Kiedy mam czas albo już brakuje mi sił – odpoczywam. Nie idę w zaparte. Już nie. Szkoda mi zdrowia i szkoda mi życia. Kiedyś padłabym na twarz, ale skończyłabym wszystko, co miałam zanotowane. Dziś potrafię powiedzieć sobie „dość”. Lepiej rozpoznaję granice – także granice mojego ciała. Nie forsuję się. Nauczyłam się odmawiać i uczę się prosić o pomoc. Nie zostawiam już siebie samej z całym garnizonem spraw, zaciągam kogo się da w szeregi, a jeśli nie ma opcji pomocy po prostu robię, ile mogę. Kładę się spać spokojna. To luksus, na który dziś mogę sobie pozwolić.

I to wcale nie jest tak, że moje życie jest bajką. Choć tak mogłoby się wydawać. Ja się po prostu cieszę wszystkim co mam. Nie narzekam na to, czego mi brakuje. Staram się doceniać to, co dobre i nie użalać się nad sobą, gdy jest gorzej.

Od pewnego czasu obserwuję też jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Zauważyłam, że ludzie są bardziej szczęśliwi, gdy mają pasję. Mój mąż bardzo się zmienił, od kiedy zajął się pszczelarstwem – pomimo pracy, której wymaga od niego pasieka. Ja nadaję na zupełnie innych falach, od kiedy piszę. Kluczem jest tutaj pasja. Coś, co sprawia nam radość i co pozwala nam się odciąć od wszystkiego innego na tym świecie. Chwile sam na sam ze sobą i satysfakcją, którą wtedy odczuwamy. Czerpię. Czerpię całymi garściami 🙂 Argumenty o braku czasu na pasję na mnie nie działają, bo znalazłam ten czas właśnie wtedy, gdy miałam go najmniej. Wiele zależy od chęci, zasobu pozytywnych myśli i nastawienia do życia.

Generalizacja i spekulacje. Czy wszystko jest takie, na jakie wygląda?

Przez dość długi czas byłam dogłębnie przekonana, że nie potrafię gotować smacznych zup. Wniosek taki wysnułam po kilku próbach zakończonych absolutnym niepowodzeniem. Żyłam w tym przeświadczeniu do czasu aż podjęłam się pracy niani w pierwszych latach studiów i oprócz opieki nad dziećmi musiałam gotować im zupy.

Mama dziewczynek postanowiła zaznajomić mnie z tematem zup, które preferują dziewczynki i kilka razy ugotowałyśmy te zupy wspólnie. Dostałam szczegółową instrukcję, przepis i praktyczne lekcje gotowania. Od tamtej pory gotuję pyszne zupy.

Myślę, że czasami wysnuwamy wnioski na temat naszych umiejętności czy życiowych zdarzeń na podstawie kilku nieudanych prób. Jednak bardzo często nie widzimy drugiej strony sytuacji. Będąc wewnątrz trudno nam zmienić perspektywę. Kiedy jednak pojawi się na naszej drodze ktoś lub coś, będący w stanie pokazać nam sytuację z drugiej strony, warto się tym zainteresować. Generalizując więcej tracimy niż zyskujemy. I tak na przykład możemy myśleć, że jesteśmy do niczego, bo nie wyszło nam na kilku rozmowach kwalifikacyjnych na stanowisko sprzedawcy, ale kto powiedział, że mając masę pomysłów na zwiększenie sprzedaży nie możemy spróbować pracy w dziale marketingu? Albo nie mamy ręki do hodowli storczyków, ale nie znaczy to, że nie potrafimy wyhodować truskawek czy marchewek.

Uogólnianie rzeczywistości nie służy rozwojowi człowieka. Powoduje jedynie zamykanie się na niezbadane dotąd obszary. Patrząc w kierunku małej szosy nie zobaczymy autostrady z drugiej strony. Warto badać nasze przekonania i zmieniać je, gdy nam nie służą. Rzeczywistość nie jest jednowymiarowa. Jeszcze raz napiszę to na stronach tego bloga – warto próbować.

Drugim zjawiskiem, w którym także się często specjalizujemy są spekulacje. Wysnuwamy przeróżne hipotezy dotyczące sytuacji naszej lub innych ludzi. Albo snujemy w głowie scenariusze co może się wydarzyć albo co się wydarzy, jeśli zrobimy to i tamto. Albo przypuszczamy co ktoś powie lub zrobi w stosunku do nas – na przykład wezwani do szefa. Ile razy takie spekulacje mają odzwierciedlenie w rzeczywistości? A ile razy przyprawiają nas o niepotrzebne zmartwienia czy nawet ból głowy? Myślę, że bardzo wiele, zważywszy na fakt, że afirmacja życia i optymizm nie są naszymi cechami narodowymi. Trudno też dziwić się naszym zdolnościom snucia negatywnych scenariuszy, kiedy wychowaliśmy się w społeczeństwie narzekającym i skupiającym swoją uwagę na tym, czego się nie da. Spekulując interpretujemy wydarzenia lub zachowanie innych ludzi tylko z jednej strony, nie biorąc pod uwagę żadnych innych czynników. Możesz na przykład pomyśleć, że Twój przełożony jest na ciebie zły, bo nie odpowiedział Ci „dzień dobry” tego poranka. Widzisz tylko jedną stronę zaistniałej sytuacji. A z drugiej strony może znajdować się nieprzyjemna sprawa rodzinna albo popsuty samochód, przez który facet stracił mnóstwo czasu rano i pochłonięty myślami o swoim problemie, po prostu nie odpowiedział na Twoje przywitanie. W przytoczonym przykładzie widać jeszcze jedną pułapkę myślową – zdarza nam się brać dużo do siebie, za dużo. Uświadomienie sobie, że nie wszystko, co się dzieje, odnosi się do naszej osoby pozwala trzymać zdrowy dystans.

Fajne jest to, że nawet nad galopadą myśli można zapanować, jeżeli wytrwale będziemy próbować „przyłapać się” na generalizowaniu albo spekulacjach. Już świadomość pewnych zjawisk pozwala nam przejmować kontrolę i samodzielnie wybierać tylko to, co nam służy.

W moim życiu było wiele katastrof. Niektóre nawet się wydarzyły.

– Mark Twain