Przyjaciółki.

Cztery niezwykłe kobiety, które skradły część mojego serca.

przyjaciółki (1)

 

Anię znam od podstawówki, ale początek naszej przyjaźni to końcówka gimnazjum, kiedy nasze drogi zaczęły się splatać. Jednak dopiero w liceum naprawdę się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy. Później – pomimo odległości (Warszawa-Kielce) – i najróżniejszych życiowych doświadczeń cały czas byłyśmy ze sobą w kontakcie. Od roku znów mieszkamy niedaleko siebie, a od trzech lat jesteśmy mamami naszych córek, co sprawia, że także dziewczynki zaczynają się ze sobą przyjaźnić.

Drugą Anię poznałam na studiach. Miałyśmy w życiu podobne priorytety, uwielbiałyśmy razem odwiedzać nowe warszawskie knajpki i raczyć się pysznym jedzeniem. Były też wyjścia do kina, teatru, a nawet klubów, wspólny sylwester w Zakopanem, którego nie zapomnę.

Ewelinę poznałam w burzliwym okresie mojej transformacji, kiedy zahaczyłam się do wakacyjnej pracy w kawiarni. Zbliżyły nas do siebie pierogi z jagodami. Pewnego dnia po prostu przyniosła je do pracy i zaoferowała, że może zjemy je razem na obiad. Ewelina jest tą z moich przyjaciółek, która przyjechałaby do mnie nawet, gdybym wyprowadziła się na koniec świata. Odwiedziła mnie gdziekolwiek mieszkałam.

Karolina – niezwykła kobieta, bardzo charyzmatyczna. Imponuje mi swoim talentem, otwartością serca, gotowością do wychodzenia wyzwaniom naprzeciw. Spotkałyśmy się przy okazji mojej współpracy w jednym z warszawskich teatrów. Uwielbiam z nią rozmawiać o życiu, zmianach i początkach. Daje mi ogromne pokłady wiary, że to, co robię i jak siebie szukam ma sens.

Te cztery kobiety pojawiały się w różnych momentach mojego życia i każda z nich obdarowała mnie najcenniejszym prezentem – swoją przyjaźnią. Każda z nich jest inna, każda niezwykła na swój sposób. Każda z nich jest dla mnie wsparciem. Każda z nich stała się częścią mojej historii i każdej z nich ogromnie za to dziękuję.

Moje Drogie, bez Was nie byłoby tak samo, jestem wdzięczna, że się spotkałyśmy.

Justyna

A Ty pchasz czy ciągniesz wózek zwany życiem?

Wyobraź sobie, że masz przed sobą wózek. Taki staromodny – cztery koła, drewniana skrzynia i uchwyt. A w tym wózku znajduje się wszystko to, co zawiera się w Twoim życiu. Ty i Twoje doświadczenia, rodzina, praca, przyjaciele, problemy i rozwiązania, marzenia, plany, wykształcenie itd. – wszystko! Twoim zadaniem jest wprawienie wózka w ruch. Możesz to zrobić w dwojaki sposób: pchać go przed sobą lub ciągnąć za sobą.

wÓzek zwany Życiem

Pchanie przed sobą ma tę zaletę, że wciąż masz na oku swój dobytek, który wieziesz w skrzyni. Możesz obserwować jak się jego elementy w środku przemieszczają,masz kontrolę nad zawartością. Możesz przystanąć i oprzeć wózek o nogę, by się zastanowić, co dalej. Możesz nadać wędrówce konkretny kierunek, tak by ominąć dziurę i nic nie zgubić.

Możesz także wózek za sobą ciągnąć. Przed oczami wciąż będziesz mieć horyzont, ale niestety nie będziesz mieć możliwości kontrolowania tego, co dzieje się z Twoim skarbem – wszak przez całą wędrówkę będziesz mieć go za plecami. Długotrwałe wpatrywanie się w horyzont może być bardzo frustrujące, zwłaszcza gdy nie masz kontroli nad tym, co wewnątrz Twojej skrzyni. A idąc pod górę trudno będzie Ci się zatrzymać tak, by Twój wózek się nie stoczył – konieczne będzie ciągłe trzymanie go ręką – co na dłuższych dystansach może być uciążliwe.

Jeden i drugi sposób umożliwi Ci przejście drogi, ale przeżycia związane z odbyciem podróży będą znacząco się różnić.

Bywały momenty, że moje życie przypominało ciągnięcie wózka. Czasami się stoczył. Czasami wpadł w dziurę i coś straciłam. Czasami po prostu ciągnęłam go na siłę w stronę pustego horyzontu, nie wiedząc dlaczego to robię.

Zdecydowaną jednak większość podróży odbyłam pchając wózek – biorąc swoje życie w swoje ręce, skupiając się na tym, co dla mnie cenne, będąc aktywną. To prawda, że pod górę trudniej jest pchać, ale za to kiedy jest z górki można wskoczyć na wózek i przejechać się kawałek, łapiąc wiatr, ciesząc się widokami i zbierając siły do dalszej drogi.

A Ty pchasz czy ciągniesz swój wózek zwany życiem?

Wszystkiego dobrego,

Justyna

„Żuraw i czapla”. Współczesna wersja bajki.

Poznali się w styczniu. Była mroźna zima, środa, Coffe Heaven przy Świętokrzyskiej. On – od ośmiu lat mieszkał zagranicą – w Irlandii, a ostatni rok w Londynie. Wykształcony, przystojny, pewny siebie. Ona pracowała w Warszawie jako doradca finansowy, a właściwie to była już tą pracą wykończona i szukała sposobu, żeby się wyrwać.

Wspolczesna wersja starej bajki
Zamienili ze sobą kilka zdań. On zapytał o książkę, którą trzymała w dłoniach. Potem od słowa do słowa okazało się, że oboje pracują w finansach, więc o pretekst do kontynuowania znajomości nie było trudno. On chciał po prostu poznać kogoś w Warszawie, a ona nie przepadała za mężczyznami pokroju playboya, więc nie było fajerwerków, iskry czy tym podobnych.

Pomimo wszystko spotkali się – bo cóż mieli do stracenia – i pozytywnie sobą zaskoczyli. Okazało się, że tematów do rozmów mają bez liku, a czas im razem bardzo szybko mija. Niestety on następnego dnia wracał do Irlandii, a ona do swoich codziennych obowiązków. Jednak zdążyła nawiązać się między nimi więź, która pozwoliła tej znajomości trwać. On dzwonił i pisał, a ona chętnie słuchała jego opowieści. Kiedy w marcu zaproponował, by wspólnie pojechali zagranicę, zgodziła się bez wahania. Jakkolwiek było to nawet w jej odczuciu nieracjonalne – czuła, że tego potrzebuje. Czuła, że potrzebuje zmian, a narastająca w niej frustracja z powodu pracy w korporacji popchnęła ją do wyjazdu.

Nie nazywali siebie parą, choć z pewnością łączyło ich wiele ciepłych uczuć, ale przed miłością się wzbraniali. Może to nie był ten czas? Mieszkali ze sobą 3 miesiące w okolicach Dublina, ale ona postanowiła wrócić do Polski, za którą bardzo tęskniła. Nabrała sił, stworzyła „plan na resztę życia” i wróciła spełniać marzenia – jak mówiła. On został, dostał pracę w firmie ubezpieczeniowej. Rozstali się w przyjaźni.

Przez kolejne półtora roku utrzymywali ze sobą ciepłą relację, wymieniali się telefonami, mejlami – niemal codziennie. Ona opowiadała mu o swoim nowym, lepszym życiu. O tym, że znalazła wreszcie swoją drogę, z sukcesami realizuje się w pracy, a on szczerze wierzył w nią ze wszystkich sił. Spotykali się czasami, na weekendy, przy okazji jego pobytu w Warszawie lub jej wyjazdów do Irlandii, ale nic z tych spotkań nie wynikało – do czasu, aż coś w niej drgnęło, aż coś ją poruszyło, a może wreszcie miała już odwagę otworzyć się na swoje prawdziwe uczucia.

Kiedy jednak powiedziała mu podczas jednego ze spotkań co czuje, dostała w zamian informację, iż on jeszcze nie jest gotowy na związek. Do tego startuje w wyborach samorządowych do rady miasta Dublina i nie zrezygnuje z tego. Zrozumiała. Tylko że nie miało już dla niej sensu prowadzenie przyjacielskich pogawędek – bo i jak, kiedy serce przestało być obiektywne.

I wiecie co? – dwa lata po tym, jak spotkali się pierwszy raz, pewnego styczniowego dnia, powiedziała mu, że to koniec. Skoro nie mogą pójść jedną drogą, a ich przyjacielska relacja nie jest już taką samą, bardzo trudno będzie tę znajomość kontynuować. Pękało jej serce kiedy o tym mówiła. On poprosił ją o jeszcze jedno spotkanie – tylko jedno. Przyleciał raz jeszcze, by się oświadczyć, a ona te oświadczyny przyjęła.

Pomimo przeszkód, dzielącej ich odległości i zawiłości tej relacji znaleźli sposób, by iść jedną drogą, ale stało się to możliwe dopiero wtedy, gdy oboje otworzyli się na swoje uczucia i pozwolili im się poprowadzić.


Od niemal sześciu lat jesteśmy ze sobą. Dbamy o naszą relację najlepiej jak potrafimy. Choć jesteśmy dwójką silnych charakterów i osobowości, to nauczyliśmy się tworzyć zgrany zespół. Właśnie – nauczyliśmy się. To się nie działo z dnia na dzień. Ponadto, nasz związek wciąż ewoluuje w nowych okolicznościach życia.

Jest jeszcze drugi aspekt. Żuraw i czapla nie mogli się ze sobą zejść. Każde z nich miało określone oczekiwania i kaprysy. Podobnie było z nami przez bardzo długi czas i nie udałoby nam się, gdybym się nie poświęciła. I nie będę mydlić Ci oczu, że to było zaangażowanie się w sprawę. Pokochałam mojego obecnego męża, ale żeby w końcu być razem spakowałam walizkę, zostawiłam pracę, którą wykonywałam z ogromną pasją, zostawiłam przyjaciół oraz rodzinę i wyjechałam. Czułam, że samo nic się nie wydarzy. Po roku wróciliśmy we dwoje na dobre do Polski i zaczęliśmy budować od nowa życie tutaj. A co było dalej? Na pewno jeszcze się dowiesz 🙂

Miłości Ci życzę,

Justyna

Świąteczne porządki.

Dziś rano w radiu usłyszałam rozmowę o świątecznych porządkach. Kiedy do Świąt zostają dwa tygodnie zaczyna się „gorączka”. Puste okna bez firan, nerwówka w sklepach, większy ruch na drodze. Można poznać, że zbliża się coś ważnego.

świąteczne porządki

W ubiegłym roku przeprowadzaliśmy się dwa dni przed Wigilią do domu, który był wciąż remontowany. Był ogromny bałagan i lista świątecznych spraw do ogarnięcia. Choinkę nabyliśmy dzień przed Wigilią, a w sklepie przyszło nam spędzić jakieś dwie godziny zanim kupiliśmy wszystko. To był dla mnie najgorszy czas przed Świętami. A ja sama czułam się jak żaba w mikserze, próbując ogarnąć dom i karpie 🙂

Uwielbiam Święta i uwielbiam się nimi cieszyć, dlatego zwykle przedświąteczne porządki robię pod koniec października. Myję wtedy okna, sprzątam szafy. W listopadzie kupuję mak, bakalie, mąkę  oraz prezenty – wszystko to, co może spokojnie zaczekać aż będzie potrzebne. Grudzień to jest dla mnie czas porządków wewnętrznych. Refleksji nad tym, co było, refleksji nad tym, w jakim punkcie jestem dziś i nad tym, co planuję dalej. Nie czynię jednak postanowień noworocznych. Mam tylko jedno postanowienie, które jest ze mną 365 dni w roku – zadbać o to, by każdy dzień był dla mnie wartościowy. Nie przepuszczam życia przez palce. Staram się wypełniać je miłością i radością, realizacją marzeń. Wiem, że może brzmieć to idyllicznie, ale ja się tego nauczyłam, to nie stało się samo.

I bywały czasy, że dzień przed Wigilią do późna pracowałam albo w Wigilię o 11:00 lądowałam w Warszawie i jechałam 200 kilometrów do domu na Święta, jednak mimo to zawsze starałam się mieć czas na to, co najważniejsze. Czas na spokój, wyciszenie, radość. Ja po prostu nie lubię denerwować się wtedy, kiedy w końcu jest dużo czasu, by się cieszyć.

Dziś rano w sklepie sprzedawczyni zaoferowała mi masę makową w promocji. Dodała, że tak na szybko można nią przełożyć biszkopt.

– Nie, dziękuję. – odpowiedziałam – Masę makową robię sama.

I celebruję to kręcenie maku i jego zapach, bo nie muszę biegać ze szmatą po domu. A to, że na umytych wcześniej oknach gdzieniegdzie widać już odbicia paluszków Mufki… To dla mnie ładniejsze niż dekoracje ze sztucznego śniegu 🙂

Spokojnych porządków Ci życzę 😉

Justyna

Poszukiwanie swojej drogi. O tym jakie pytania zadałam sobie, by odnaleźć się na nowo.

Należę do grupy poszukiwaczy. Życie się zmienia, a ja próbując za nim nadążyć szukam nowych rozwiązań w nowych okolicznościach, ale nie zawsze tak było…

pytania

Zanim zostałam mamą pracowałam intensywnie, rozwijałam się intensywnie, poszukiwałam swojego miejsca na świecie, też bardzo intensywnie. Kiedy przyszło na świat moje dziecko przez pierwsze pół roku intensywnie dostosowywałam się do zmian. A potem przez kolejny rok znów bardzo intensywnie łączyłam macierzyństwo z pracą. Kiedy poznałam już te wszystkie smaki przyszedł w moim życiu czas na „przestój”, w którym zupełnie nie mogłam się odnaleźć. Nie jestem typem osoby, który lubi bezczynność.

Kiedy więc nastąpiła rzeczona pauza odbijałam się od ścian, niczym piłeczka ping-pongowa. Walczyłam, podejmowałam mnóstwo bezsensownych akcji, a wszystkie moje działania spełzły na niczym. Jedyne, co mi pozostało, to frustracja. Żeby było jasne, nie chodziło o moje dziecko, które kocham z całego serca, chodziło o mnie.

Kiedy już do tego doszłam, wiedziałam, że potrzebuję czasu, aby sobie wszystko poukładać. Na początku bardzo mocno skupiałam się na swoim problemie, ale z czasem zaczęłam skupiać się na szukaniu rozwiązania. Dużo czytałam, słuchałam inspirujących ludzi, po czym zupełnie nie wiedząc co robić dalej zaczęłam zadawać sobie pytania.

Pierwszym z nich było „Co mogę zrobić, będąc w domu z Mufką, by móc się realizować?”.

Wtedy przyszedł mi do głowy pierwszy pomysł, o którym więcej dowiesz się wiosną przyszłego roku.

Potem pytałam siebie „Jakie są moje mocne strony, jakie mam talenty? Jak mogę je wykorzystać?”.

Aż w końcu nadszedł czas na przełomowe pytanie – takie, które otworzyło mi głowę. „Gdybym nie była tym, kim jestem, to kim mogłabym być?”. To była petarda! I nie chodziło mi o porzucenie dotychczasowego życia. Czułam, że potrzeba mi poszukiwania innych możliwości rozwoju.

Pomysły zaczęły mi same pukać do drzwi, a ja zaczęłam szukać wśród nich siebie – na nowo. To nie jest tak, że stało się to wszystko w tydzień. To trwało półtora roku, a ja przez cały ten czas intensywnie pracowałam nad sobą ucząc się przyjmować wszystkie życiowe doświadczenia.

Co ważne z praktycznej strony – wszystko zapisywałam. Wszelkie pomysły, rozterki, wszystko pisałam. Dzięki temu pisaniu wyciągałam swoje myśli z głowy i mogłam nad nimi zapanować.

To, co kształtuje nasze życie, to pytania, które zadajemy, na które odmawiamy odpowiedzi i których nigdy nie próbujemy zadać. – Sam Keen

Owocnych poszukiwań!

Justyna

Sytuacja bez wyjścia.

Jest taka kategoria zdarzeń w życiu określana „martwym punktem”, „sytuacją bez wyjścia” bądź „byciem w kropce”. Każdą wersję przerobiłam, czasem kilkakrotnie, w różnych momentach.

co dalej_

Wspólnym mianowikiem wszystkich tych sytuacji dla mnie było to, że nie wiedziałam co dalej. Albo nie widziałam rozwiązania, albo nie wiedziałam w którą stronę iść, albo nie potrafiłam odnaleźć się w nowych lub trudnych niejednokrotnie okolicznościach albo byłam bardzo zmęczona ówczesną sytuacją, bez szans na ruszenie z miejsca.

Wspólną cechą wszystkich tych sytuacji było towarzyszące mi rozdarcie, często negatywne emocje, frustracja, gniew, smutek. Nie zawsze było tak, że miałam kogoś u boku, kto pomógłby mi wyjść z tego, a czasami w ogóle nie chciałam słuchać dobrych rad albo prosić o pomoc.

Przeżywałam chwile kryzysów i entuzjastyczne chwile, kiedy widziałam światełko w tunelu. Bywało tak, że obwiniałam o swój los wszystkich i wszystko. Jednak wraz ze zdobywaniem nowych życiowych doświadczeń uczyłam się brania odpowiedzialności za moje życie.

Są dwie kluczowe kwestie związane z byciem w sytuacji bez wyjścia. Po pierwsze, nawet gdy nic nie możesz zrobić zawsze możesz dokonać wyboru swojego nastawienia. Mogłam zwrócić się w kierunku tego, co przytłaczające, co mnie dołuje, narzekać, zapadać się wgłąb bagienka, w którym i tak już tkwiłam, ale… mogłam też skupić się na tym, czego chcę (choćby w wyobraźni), mogłam skupić się na tym, co dobre we mnie, mogłam skupić się na każdej pozytywnej myśli i przyczepić się do niej, choćby to była tylko jedna optymistyczna myśl w ciągu dnia. Ta możliwość oczywiście była trudniejsza, bo nie było łatwo być optymistką, gdy miałam pod górę.

Drugą kwestią związaną z byciem w sytuacji bez wyjścia jest to, że zwykle po jakimś czasie pojawia się moment przełomu i zwykle po burzy wychodzi słońce. Wszystko wokół się zmienia i nigdy nie było tak, żeby kryzys w jakimś momencie nie zaczął transformować, a stąd już tylko krok do szukania możliwości rozwiązania problemu.

Jest jeszcze jedna kwestia. Będąc w trudnej sytuacji niejednokrotnie znajdowali się wokół mnie „doradcy”, którzy wiedzieli więcej o mnie i moim życiu niż ja sama. Dołowali mnie jeszcze bardziej niż sam problem, z którym się borykałam. Toteż przedsięwzięłam wobec nich starą, niezawodną technikę „jednym uchem wpada, a drugim wypada”. Bo nikt nie powie mi więcej o mnie, niż ja sama.

Najlepsze, co mogłam sobie dać, będąc w sytuacji bez wyjścia to podróż w głąb siebie, tylko tam mogłam szukać rozwiązań, które naprawdę zmieniają coś w życiu.

„Nawet gdy spotyka cię najgorszy los, to nadal możesz zdecydować, jaką opowieść będziesz w swojej głowie opowiadać o tym, co cię spotyka i możesz wybrać w jakiej roli się obsadzisz. Ofiary czy Bohatera.” – Monika Górska

Jasnych sytuacji Ci życzę,

Justyna