„Wszystko albo nic” i „raz na zawsze”

wszystko albo nic

Jest taka zakorzeniona w nas potrzeba posiadania „pewności” w rozmaitych obszarach naszego życia – zwłaszcza tych kluczowych. Lubimy wiedzieć, boimy się tego, czego nie wiemy i nie znamy. Unikamy tego, co może zagrażać strefie komfortu, w której żyjemy. Jest to poniekąd potrzeba zaszczepiona nam jeszcze przez pokolenia naszych rodziców i dziadków, dla których posiadanie „pewności” w zasadniczych obszarach życia takich jak związek, praca czy miejsce zamieszkania było oczywistością, a ludzie, którzy nie mieli swojego kąta czy nie zawarli w „odpowiednim czasie” związku małżeńskiego postrzegani byli trochę jak nieudacznicy albo conajmniej  niezaradni. No w każdym razie coś z nimi było „nie tak”. I choć czasy zmieniają się diametralnie, i choć zmieniamy się my – obecni 30 czy 40latkowie – to mimo wszystko gdzieś pod skórą pokutuje w nas przekonanie, że musimy jakąś pewność w życiu posiadać.

Do niedawna jeszcze jednym z kluczowych obszarów „zabezpieczjących” nas na różnych poziomach życia było zawarcie związku małżeńskiego przed ołtarzem. No ale cóż, tempo zmieniającego się świata na poziomie globalnym i lokalnym nie gwarantuje już nawet, że słowo dane przed Bogiem ustrzeże nas przed rozpadem związku.

Także strefa aktywności zawodowej uległa zupełnemu przebudowaniu. Nie ma już etatu danego nam raz na zawsze. Ukończenie studiów nie gwarantuje nic poza uzyskaniem dyplomu, a rynek pracy staje się tak elastyczny, że trudno jest nauczyć się czegoś tylko raz i móc pracować do końca życia.

Żyjemy w świecie, w którym nic nie jest nam już dane raz na zawsze, ale też nie musimy postrzegać naszych poczynań w kategoriach „wszystko albo nic”. Jakiś czas temu opublikowałam wpis o zarabianiu na swojej pasji. Dostałam wtedy wiadomość od jednej z czytelniczek, że niestety ona nie jest w stanie zapewnić sobie stabilności finansowej utrzymując się z robienia tego, co kocha. Poza tym pracuje na etacie. W pierwszej chwili pomyślałam sobie „szkoda”, wszak super jest pracować i robić to, co sprawia nam przyjemność i przynosi rozwój jednocześnie, ale później dotarła do mnie jeszcze jedna refleksja. Często postrzegamy nasze dążenia jako „niewystarczające” właśnie dlatego, że patrzymy na życie przez pryzmat dwóch wymiarów: albo mamy wszystko albo właściwie nic. Ale patrzenie w ten sposób może być źródłem frustracji u wielu z nas.

Nasze życie nie jest ani jedno ani dwuwymiarowe. Płaszczyzn, po których się poruszamy, jest znacznie więcej. Im więcej z nich potrafimy dostrzec, tym bardziej owocnie dla nas, bo rozwijamy się wtedy wszechstronnie. Obecne trendy społeczno-kulturowe bardzo cisną nas w kierunku samorealizacji, sukcesu oraz zarabiania na tym, co lubimy robić najbardziej, ale nie zawsze tak można, nie zawsze tak się da, nie każdy jest do tego stworzony i nie zawsze tak trzeba.

Życie staje się znacznie bardziej przyjemne, gdy przestajemy dążyć, a zaczynamy podążać, gdy przestajemy wymuszać, a zaczynamy próbować, gdy przestajemy kontrolować, a zaczynamy ufać.

Nie zawsze scenariusz jest jasny. Nie zawsze dzieje się tak jak byśmy tego chcieli. Pytanie co wówczas robimy? Siłujemy się czy otwieramy oczy i patrzymy uważnie na to, co wokół?

Nie ma jednej dobrej drogi, nie ma jednej dobrej odpowiedzi, nie ma jednej skutecznej metody dla każdego z nas. Całe piękno życia polega na tym, że nie ma w nim „pewności”, nie sposób jest je kontrolować i nie sposób zbudować w nim coś „raz na zawsze”. Nie trzeba się też silić, by mieć wszystko, czego chcemy. Bardzo często pomiędzy „wszystko” a „nic” ukryte jest coś wartościowego dla nas. Może to być nawet ścieżka, której w ogóle wcześniej nie widzieliśmy.

Podążanie, zaufanie i szeroko otwarte oczy są w moim odczuciu nowymi kluczowymi obszarami naszego współczesnego, biegnącego życia 😉

O tym, czego nie nauczyli mnie w szkole.

szkoła

Szkoła jest miejscem, w którym dzieci i młodzież zdobywają wiedzę i umiejętności potrzebne w dalszym czy dorosłym życiu – tak to wygląda w teorii. Dokumentem potwierdzającym zdobycie pewnych zasobów jest świadectwo „dojrzałości”, które powinno świadczyć o przygotowaniu kandydata do dorosłego życia. W praktyce jest zgoła inaczej.

Moja opinia na temat polskiego systemu edukacji jest bardzo krytyczna – niestety. Bardziej jednak martwi mnie to, że nie widzę, by wprowadzano istotne zmiany w zakresie przygotowania młodych ludzi do dalszej drogi.

Czego zatem nie nauczyli nas w szkole?

  1. Przede wszystkim samodzielnego myślenia. Wkuwanie definicji czy powtarzanie tego, co podyktował nauczyciel nie należy w mojej opinii do rozwijających. Oczywiście, że są przedmioty, które tego wymagają, ale odnoszę wrażenie, że właściwie przez wszystkie szkolne, a nawet studenckie lata, zajmowałam się uczeniem na pamięć. I z tego miejsca mogę przejść do punktu nr 2, bo…
  2. Nie nauczyli mnie poznawania siebie, odkrywania siebie – swoich mocnych stron, ponieważ wszyscy zobligowani są uczyć się wszystkiego. W ten sposób system przeładowany wiedzą nie stawia na rozwój kompetencji miękkich, a co za tym idzie, nie pozwala nam odkrywać swoich własnych możliwości, mocnych stron, atutów. I jeśli w jakikolwiek sposób miały pomóc w tym szkoły średnie „profilowane” to w moim odczuciu nie spełniają swojej funkcji, gdyż całą podstawówkę i tak wszyscy uczą się wszystkiego, nie mając wiele miejsca na poszukiwanie swojej unikalności.
  3. Współpracy oraz pracy zespołowej. Najwyższym aktem współpracy, którego w moim odczuciu uczyliśmy się sami, było ściąganie albo przepisywanie prac domowych 😀 Poza tym każdy wykonuje zadania z nosem we własnym kajecie, czasami w parach. A czego wymaga się od nas, gdy wkraczamy w życie zawodowe pełną parą? Pracy zespołowej, umiejętności współpracy, ot co!
  4. Asertywności, co to, to nie. Lepiej było zamilknąć, gdy pani „profesor” wygłaszała swoje opinie o temacie, o nas czy do nas, nie pozostawiając miejsca na powiedzenie nam swojego zdania.
  5. Negocjacji – nie ma co pod sobą dołków kopać 😉
  6. Wartości, które są dla nas osobiście ważne. No cóż, trzeba kierować się wartościami wspólnymi, nie ma miejsca na tworzenie własnego szkieletu.
  7. Szacunku – takiego pełnego. Do dziś mam przed oczami rozdartą buzię, żeby nie napisać gębę, pani od matematyki w klasach 1-3, która jednego z kolegów w pierwszej klasie wytargała za ucho z krzesełkiem z ławki i zaciągnęła go aż pod tablicę za to biedne ucho. Doskonale także pamiętam jakie gromy ciskane były pod adresem szkolnych kolegów czy moim, kiedy coś zawaliliśmy. Najgorsze, że niewielu nauczycieli wyrażało opinie o naszych zachowaniach czy pracach, ale formułowali je personalnie do nas jako ludzi. To potwornie krzywdzące.

Jakie są efekty takiego systemu edukacji? Czy świadectwo dojrzałości rzeczywiście świadczy o osiągnięciu dojrzałości?

Efekt jest taki, że co prawda uczono nas budowy komórki i wielu z nas kojarzy nazwę „mitochondrium”, ale pewnie garstka pamięta, czym ono jest. Efekt jest taki, że przeciętny Polak nie pamięta, w którym roku był chrzest Polski, myślę że nawet z datą wejścia do UE wielu ma problem 😉 Efekt jest taki, że właściwie niewiele wiemy, a już na pewno nie wiemy, w którą stronę iść dalej. Może ekonomia, a może jakiś profil językowy, ale co właściwie robić później?

Zapytajcie licealistów co chcą robić w życiu, a gwarantuję, że garstka zna odpowiedź. Cała reszta idzie na oślep, nie mając nawet za bardzo pojęcia w czym są naprawdę dobrzy, ale tak życiowo, nie w zakresie przedmiotów szkolnych, bo 5 z polskiego to jedno, a świadomość tego, że lubi się pisać i można się sprawdzić na przykład w copywriting-u to drugie, dwie inne bajki.

Kiedy odebrałam świadectwo dumnie nazywanym „dojrzałości” tak naprawdę dopiero zaczęłam uczyć się tych wszystkich potrzebnych mi w życiu rzeczy. Dopiero wkraczając na rynek pracy przekonałam się czym jest praca w grupie, jak ważne jest samodzielne myślenie i ile kosztuje brak asertywności. Dorosłe życie postanowiło mnie także skonfrontować z tym co wiem i czego nie wiem o sobie. Kilka lat zajęło mi zrozumienie w czym jestem dobra, a co nie jest moją mocną stroną. Dopiero dziś, kiedy od ukończenia szkoły minęło kilkanaście lat, „wyleczyłam” się nieco z tego, co we mnie wtłoczono. Odkopałam swoją głęboko upchniętą prawdziwą kreatywność i przestałam bać się śpiewać, chociaż żadna ze mnie gwiazda, ale już wiem, że nie muszę nią być, by nucić dzieciom kołysanki do snu i uczyć je, że bycie po prostu sobą to żadna kompromitacja, ale zaleta.

I oczywiście, że wielu z tych rzeczy z powyższej listy możemy i powinniśmy uczyć nasze dzieci jako rodzice, ale szkoła jest w moim odczuciu systemem uzupełniającym wychowanie w domu, odgrywającym niebagatelną rolę w kształtowaniu osobowości młodych ludzi i drugą istotną kwestią jest ilość czasu jaką dzieci i młodzież spędzają w szkole.

W pancerzu.

w pancerzu

Bardzo ciężko jest poruszać się w zbroi. Siermiężna konstrukcja chroni ubranego w nią człowieka, ale nie czarujmy się – noszenie takiego pancerza do zadań lekkich i przyjemnych nie należy. Zbroja rycerska ważyła od 20 do nawet 55 kilogramów, ale współczesne zbroje są znacznie cięższe!

Przyszło nam żyć w czasach niełatwych, kiedy zewsząd jesteśmy atakowani przez informacje czy sugestie jacy powinniśmy być, jak wyglądać, jakie powinno być nasze życie, co jest miarą naszego sukcesu. Normy społeczne oraz media regulują niemal każdą sferę naszego życia, ingerując nawet w tak „czułe” przestrzenie jak posiadanie dzieci czy sposób otwierania się na innych ludzi. W mediach społecznościowych największą popularnością wydają się cieszyć Ci, którzy odsłaniają najwięcej. Introwertycy mają teraz pod górę. Na topie jest ekspansja własnej osoby, sięganie po szczyty gór i dzielenie się ze światem wszystkim – łącznie ze zdjęciem swojego obiadu.

Kiedy jednak dochodzi do rzeczywistych czy codziennych konfrontacji z życiem śmiałkowie często chowają się za fasadą wyuczonych wzorców zachowań i pozytywnego myślenia, nie ujawniając wiele (lub wcale) swojego prawdziwego „ja”. Prawdziwe „ja” zatem też lekko w tych czasach nie ma, bo często zostaje odsunięte na drugi plan, tudzież szczętnie ukryte, by nie dosięgnął go wzrok ludzi z zewnątrz – nawet tych najbliższych. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że boimy się lub nie potrafimy być sobą, wyrażać własnych poglądów, a nawet czuć. Czuć całym sercem i duszą, bo czucie i obnażenie się przed kimkolwiek ze swoich uczuć może zakończyć się zranieniem, a to przecież ostatnia rzecz, której w natłoku codziennych spraw potrzebujemy…

Niejednokrotnie zastanawiałam się jak ciężko musiało być tym średniowiecznym rycerzom, którzy przemierzali setki czy tysiące kilometrów opancerzeni w zbroje. Ale czy nam – także opancerzonym w zbroje – jest lżej?

Dlaczego nauczyliśmy się tak solidnie opancerzać? Uważam, że przede wszystkim ze strachu. Ze strachu przed tym, co złe bądź niepożądane. Ze strachu przed odrzuceniem – przede wszystkim! Ze strachu przed atakami otoczenia, przed nieuzasadnioną krytyką. Ze strachu przed utratą swojej pozycji społecznej czy zawodowej. Ze strachu, że nie zostaniemy zaakceptowani tacy, jacy jesteśmy. Ze strachu przed zranieniem. Ze strachu przed utratą swojego komfortu życia. Pewnie powodów jest tak wiele, jak wiele pancerzy. Po prostu w zbroi jest bezpieczniej, a że ciężej to już druga sprawa.

Z tymi naszymi zbrojami problem jest też taki, że długo lub w ogóle nie zdejmowane mają zdolność przyrastania do nas i stają się niemal „naturalną” warstwą. Jednak czy możliwe jest kroczenie po tym świecie z ciężarem pancerza, bez skutków w perspektywie długoterminowej? Pewnie tak, tylko później dzieje się coś jeszcze innego – powstają kolejki. Kolejki do dobrych psychologów, terapeutów, coachów. Kolejki po receptę. Kolejki do badań na dolegliwościami, które nękają nas, a które trudno z fizjologicznego punktu widzenia wytłumaczyć. Problem polega na tym, że te kolejki się wydłużają, ale jeszcze większy problem mają ci, którzy nie decydują się nawet w nich stanąć, pomimo że zbroja spowodowała już niemałe odparzenia…

Moim zdaniem nie możemy iść przez życie opancerzeni. Pewnie, że czasami trzeba mieć „grubą skórę”, czasami trzeba się nawet uzbroić, ale tą zbroję trzeba zdjąć, gdy nadejdzie czas. Z drugiej strony sama dobrze wiem jak trudno jest żyć ze swoim prawdziwym „ja” w zgodzie. Pozwolenie sobie na otwartość serca i umysłu przed innymi ludźmi zawsze obarczone jest ryzykiem – zwłaszcza, że tych, którzy czyhają na atak jest bardzo wielu. Widać to doskonale po fali hejtu, która każdego dnia przelewa się w każdym jednym zakamarku internetu. Hejtu, który jest wyrazem słabości, ale także zagubienia, braku komfortu we własnym życiu i przede wszystkim skrywanej wrażliwości oraz braku akceptacji dla siebie.

Im więcej z nas będzie zakładać pancerze tym będzie trudniej, tym mniej będzie miłości i zrozumienia na świecie. Odsłonięcie siebie ma potężną moc. Wrażliwość i otwartość miażdżą góry lodowe.

Bycie takim, jakim się jest w środku, ma niezwykłą moc. Tylko dzięki takiej postawie możemy tworzyć życie, jakiego naprawdę pragniemy. Dzięki takiej postawie nie tylko nasze związki są lepsze, ale wszystkie relacje, jakie w życiu tworzymy. Dzięki takiej postawie nasze dzieci będą budować lepszy świat – świat bez pancerza. Dzięki takiej postawie nasze życie będzie pełne tego, kim my naprawdę jesteśmy. Wypełnijmy je prawdziwością po brzegi.

Obyśmy jak najczęściej decydowali się zdejmować zbroję!

O czynnikach, które scalają związek.

co scala związek

Na naszych małżeńskich czy partnerskich szlakach nie brakuje wyzwań. Przede wszystkim każdy związek przechodzi kilka kluczowych etapów, z których każdy jest równie ważny. Jak o nich myślę to zawsze nasuwa mi się porównanie do formowania się zespołu, zaczerpnięte z teorii zarządzania. W myśl tej teorii każdy zespół (team) przechodzi przez cztery kluczowe fazy: forming (tworzenie, formowanie), storming (docieranie), norming (normowanie/stabilizowanie) i performing (realizowanie). Choć sfera miłości i biznesu to dwie inne bajki model ten w moim odczuciu funkcjonuje podobnie w nich obydwu.

 – CO SCALA NAS NA POCZĄTKU? –

Kiedy się poznajemy nie wiemy o sobie nic – przynajmniej na poziomie świadomym, bo podświadomość jak wiadomo kroczy własnymi ścieżkami, które wybiegają daleko poza to, co rozumiemy w danym momencie. Zdaniem wielu badaczy to właśnie nasza podświadomość decyduje o wyborze ludzi, którymi się otaczamy – zresztą, jak o wielu innych rzeczach 😉

Zatem na początku scala nas w pewien sposób „magiczna” siła, intuicja, zauroczenie, które podpowiada nam, że to może „ten” czy „ta” właśnie, z którą warto się związać. Początki związku są zwykle intensywne. Dużo rozmawiamy, dużo czasu ze sobą spędzamy i chłoniemy się bezkrytycznie. Pojawia się jakieś uczucie, więź. Zaczynamy dostrzegać co łączy nas na bardziej fizycznym poziomie – mam tu na myśli wspólne poglądy, zainteresowania, a może nawet cele. Finalnie zapada decyzja, że chcemy być razem.

– WSPÓLNE WARTOŚCI –

W kolejnych fazach rozwoju związku niezwykle ważne stają się dla jego trwałości wspólne wartości. Myślę, że niekoniecznie musimy w 100% podzielać wszystkie wartości partnera, ale jest pewien trzon w hierarchii każdego z nas, który w tym wypadku powinien być podobny. Trudno żeby razem było dwoje ludzi, gdy dla jednego z nich najważniejszy jest ład i porządek, a drugiemu na tym nie zależy – może jest to możliwe, ale nie wiem czy taki związek przetrwa długie lata. Wspólne wartości dają nam jasność naszych dążeń jako dwójki ludzi oraz każdego z nas z osobna. Łączą nas w tych dążeniach. Sprawiają, że chcemy wspierać drugiego człowieka. Tłumią w zarodku wiele niepotrzebnych konfliktów, bo sprawiają, że lepiej się rozumiemy.

Ale… wartości w dłuższej perspektywie mogą się zmieniać… a wtedy pojawiają się kryzysy.

– TRUDNOŚCI, PRZEZ KTÓRE PRZECHODZIMY –

Nikt z nas tego nie chce, ale tak już jest, że nawet najlepsze związki borykają się z mniejszymi lub większymi kryzysami. Zwłaszcza obecnie, kiedy tempo życia przyprawia o zawrót głowy. Problemy w związku są tymi, które bolą najbardziej. Zwłaszcza, gdy jesteśmy już w zaawansowanym stadium i zwłaszcza, gdy zależy nam na sobie. Bywa naprawdę trudno. Te trudności, przez które przechodzimy pokazują nam tak naprawdę, że związek to dwoje ludzi – dwa odrębne jabłka, a nie dwie połówki jednego jabłka! Będąc ze sobą dłużej nie unikniemy poważnych zmian jakie będą zachodzić w życiu naszym lub partnera, nie unikniemy przewartościowania w różnych sferach życia, nie unikniemy kłótni, rozterek, trudnych momentów. Najważniejsze, to żeby mimo wszystko zależało nam na tym, by znaleźć do siebie drogę. Znaleźć ją w nowych okolicznościach. Spróbować iść dalej. Spróbować zaakaceptować zmianę i dopiero później oceniać, czy nam z nią dobrze czy nie. Trudności, przez które przejdziemy dadzą nam siłę do dalszej wspólnej drogi.

– SZCZERA KOMUNIKACJA –

Nie ma nic gorszego niż niedomówienia, ciche dni, brak rozmowy i brak szczerego mówienia o tym, co nam na sercu leży. Mam takie poczucie, że będąc razem i chcąc być nadal razem musimy być wobez siebie szczerzy, ale nie tak na wpół szczerzy albo szczerzy wtedy kiedy nam pasuje, ale zawsze – niezależnie od tego, czy nasze szczere wyznania przypadną partnerowi do gustu czy nie. Mamy z mężem na swoim koncie takie doświadczenia, że czasami nam się coś „rozjeżdża”. Nie zawsze kierunek, w którym chce iść ta druga osoba jest zgodny z naszymi oczekiwaniami czy pomysłem na wspólne życie. Pytanie, czy jesteśmy chętni spróbować, zaakceptować, zrozumieć, coś zmienić?

Nie ma ludzi idealnych i nie ma związków idealnych, ale mamy wpływ – i to niebagatelny! – na przepływ komunikacji pomiędzy sobą, na poziom szczerości, na który potrafimy się zdobyć i na to, czym chcemy się ze sobą podzielić, a czym nie.

– SZACUNEK –

Niby to oczywiste, ale jednak… Według mnie szacunek to jedna z kluczowych wartości, które scalają związek. Przejawia się we wszystkim. Począwszy od sposobu w jaki ze sobą rozmawiamy, skończywszy na tym, jak się traktujemy – długoterminowo. Chcę tu położyć nacisk zwłaszcza na to, co dzieje się pomiędzy ludźmi z czasem, liczonym już raczej w latach. Bez szacunku dla siebie samego, partnera czy dzieci trudno budować wartościowy, dobry związek na lata.

– MÓWIENIE O SWOICH POTRZEBACH –

Może nam się to wydać bardzo egoistyczne, ale wierzcie mi lub nie, moim zdaniem mówienie o tym, czego JA potrzebuję jest kluczem do zdrowego funkcjonowania związku. Oczywiście jeśli druga strona też nam swoje potrzeby komunikuje 😉 Może wydawać się to banalne, ale nie można milczeć o tym, czego chcemy, czego potrzebujemy, co nam się nie podoba, co w nas siedzi. Milczenie rodzi niezrozumienie, a to pociąga za sobą konflikty i/lub wzajemne oskarżenia.

– ŚWIADOMOŚĆ, ŻE NIE MUSIMY BYĆ RAZEM, ALE CHCEMY –

„Chcę” – słowo klucz. Od początku naszego związku z mężem wyznajemy taką zasadę, że chcemy ze sobą być, ale nie musimy. Oczywiście teraz, kiedy są dzieci sytuacja jest bardziej skomplikowana, jednak nadal podtrzymujemy to stanowisko. I właśnie to, że mamy dzieci sprawia, że wcale nie zależy nam mniej, a bardziej, ale nie ze względu na dzieci a ze względu na życie, które ze sobą tworzymy. Mimo wszystko nigdy nie powiedziałam mojemu mężowi, że nie może odejść, tak jak on nie powiedział tego mnie. Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ślub cywilny w pewnych gronach naszych znajomych zawrzało. Niektórzy delikatnie podpytywali „dlaczego?”. Nie była to popularna decyzja w naszym środowisku. Pamiętam, że kiedy jedna z moich przyjaciółek właśnie w taki delikatny sposób zapytała mnie „dlaczego?” odpowiedziałam jej właśnie, że „święty węzeł” nie jest dla nas gwarancją niczego – nie w tych czasach. Udać nam się może tylko jeśli naprawdę i konsekwentnie będziemy chcieć być ze sobą, mając jednocześnie świadomość, że któreś z nas w jakimś momencie może przestać chcieć. Takie podejście wbrew pozorom dodaje nam sił.

* * *

Im dłużej jestem w związku i im dłużej mamy dzieci, tym trudniej jest ciągnąć to dalej. Wiem, że to może brutalne wyznanie, ale tak jest. Z biegiem czasu wcale nie zmniejsza się poziom trudności bycia z drugim człowiekiem. Z biegiem czasu pojawiają się nowe, często bardziej wymagające wyzwania. Z biegiem czasu zmieniamy się my i zmieniają się nasi partnerzy. Z biegiem czasu życie rodzinne też wchodzi na wyższy poziom trudności. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto, ale trzeba mieć świadomość tego, że dzielenie życia z kimś to nie słodkopierdząca komedia romantyczna, to jest życie – we wszystkich jego przejawach.

Presja

presja

Można odnieść wrażenie, że wisi nam tuż nad głową albo siedzi z tyłu głowy. Wciska się powoli w nasze życie niemal niezauważona. Zakrada się jak najlepszy złodziejaszek. Kradnie wiele cennych drobiazgów z naszych dusz, serc i umysłów. Bywa jednak, że porywa się na większe łupy, wtedy zaczyna dokuczać.

Presja pojawia się w naszych zwyczajnych życiach coraz częściej. Niestety dzieje się tak za sprawą wielu czynników i okoliczności świata, w którym przyszło nam żyć. Tym, co niepokoi mnie najbardziej jest fakt, że długotrwała presja ma w istocie negatywny wpływ na nasze życie i nas samych, a w dłuższej perspektywie na nasze dzieci i kolejne pokolenia. Coraz więcej zależy od naszego nastawienia i świadomego podejścia do życia oraz rozwoju.

– PRESJA CZASU –

Zna ją chyba każdy z nas. Najbardziej może dokuczać nam w pracy, gdzie oczekuje się od nas wykonania wielu zadań na już, a najlepiej na wczoraj, ale… Dokuczać będzie także przedsiębiorcom działającym na własną rękę, bo przecież także oni nie mogą się rozdwoić, a oczekiwania klientów rosną. Bywa jednak tak, że równie mocno dokucza nam w naszym codziennym, rodzinnym życiu, bo od ilości obowiązków domowych też głowa boli. Zintegrowanie masy zadań własnych, zawodowych, domowych oraz tych związanych z dowożeniem i odbieraniem dzieci nie jest łatwym zadaniem, a na pewno nie ułatwiają go wielkomiejskie korki. Presję czasu odczuwamy chyba najbardziej dotkliwie, bo często i też najszybciej, może przybrać ona postać frustracji związanej z niemożliwością pogodzenia wszystkiego w tym samym czasie. Jakie rozwiązanie opracowaliśmy my dla naszej rodziny? Staramy się planować możliwie z dużym wyprzedzeniem najważniejsze punkty naszego grafiku. O wszystkim mówimy sobie nawzajem, prowadzimy wspólny kalendarz, a ponad to kluczowe sprawy do załatwienia zapisujemy na karteczce planując je na tydzień z góry. Zakupy zasadniczo robimy dwa razy w tygodniu. Ja staram się w miarę dokładnie planować nasz jadłospis, a zwłaszcza obiady, tak żebym miała potrzebne składniki w domu. Takimi małymi krokami udaje nam się funkcjonować we względnym spokoju, choć oczywiście wiadomo, że bywają sytuacje nieprzewidziane, ale nawet wtedy łatwiej im sprostać.

– PRESJA ROZWOJU –

Ten rodzaj presji zakrada się w nasze życie najbardziej podstępnie, powiedziałabym nawet niepostrzeżenie. Wynika z kreowania przez wszelkie środki masowego przekazu kultury sukcesu oraz bogactwa, no i tak dodatkowo bycia fit. Efektem tego zjawiska jest towarzyszące nam poczucie braków w naszym życiu i potrzeba dążenia do wszelkiego rodzaju celów, nawet jeśli nie jest to nasza wewnętrzna potrzeba, wszak nie wszyscy pragniemy tego samego.

Jeszcze kilka lat temu zauważalny był w naszym społeczeństwie przymus pójścia na studia. Nasi rodzice, nauczyciele i generalnie wszyscy „dorośli” tłumaczyli nam, że jest to gwarancja znalezienia „dobrej” pracy oraz osiągnięcia sukcesu. Politycy szczycili się bardzo wysokim odsetkiem magistrów w społeczeństwie na tle nawet tych rozwiniętych krajów Europy. Tylko moim zdaniem wcale nie ma się czym szczycić, bo odsetek magistrów to jedno, a poziom zadowolenia z życia obywateli to drugie. Wkrótce na własnej skórze wielu magistrów przekonało się, że tytuł to jedno, a rynek pracy to drugie.

Tym, co najbardziej niepokoi mnie w zjawisku presji w zakresie rozwoju jest fakt, że przenosimy ją na nasze dzieci. Ostatnio sporo mówi się o zbyt dużym obciążaniu dziećmi zajęciami pozaszkolnymi. Patrząc na niektórych rodziców mam wrażenie, że chcieliby wyprzedzić własne dzieci, uchylić im nieba i wypchnąć na wyżyny, tylko nie bardzo wiem czego… Uważam, że jako rodzice powinniśmy wspierać rozwój naszych dzieci, ale wspierać nie oznacza przeć na oślep. To, że dziecko przejawia zainteresowanie tańcem wcale nie znaczy, że za rok powinno startować w zawodach. Pisze też o tym Jesper Juul w jednej ze swoich książek. Twierdzi on, że zawody i konkursy niszczą dziecięce zainteresowania. Mam takie samo zdanie. Wszak jeśli ja zainteresuję się gotowaniem to czy jest to równoznaczne ze startowaniem w konkursie na kucharza roku? Nie! A nasze dzieci często są właśnie w ten sposób kierowane przez nas czy innych przewodników w ich małym życiu. Efektem w dłuższej perspektywie będzie bunt lub totalne zagubienie – takie jest moje zdanie. Rozwój, zdrowo rozumiany rozwój, jest naturalną potrzebą każdego człowieka, wystarczy nauczyć się słuchać siebie i nie bać się podążyć (nie gonić!) za tym, co usłyszymy. I tego powinniśmy uczyć naszych podopiecznych.

– PRESJA PERFEKCJONIZMU –

To dotyczy zwłaszcza nas – kobiet. Podejrzewam, że zaszczepiły nam to pokolenia naszych mam i babć, a im poprzednie. Niestety nasze pokolenie wciąż dość intensywnie podejmuje tą pałeczkę bycia perfekcyjną, ale w istocie nie dla samej siebie, lecz by zaimponować innym – często także kobietom – mamom, teściowym, ciociom, koleżankom itd.

Swoją pokazową formę zjawisko to przybiera w okresie Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz przy okazji większych spotkań rodzinnych. Dom wysprzątany, okna wymyte, trawniczek wykoszony, jedzenia ugotowane jak dla armii, uśmiech na twarzy dolepiony, ręce po pachy urobione, nogi napuchnięte, a w kręgosłupie strzela, ale to nic… „Niech zobaczą jak sobie świetnie radzę, niech mi tu nikt nie mówi, że pracując i mając rodzinę nie dam rady, ale też niech poczują ten smak doskonałej szarlotki – to moje popisowe ciasto.” Jeszcze 3-4 lata temu też tak miałam. Ale już wyrosłam z tego. Na ostatnie Święta Wielkanocne zostaliśmy w domu sami. Zjedliśmy barszcz i jajko – w piżamie. Potem jakiś obiad. Upiekłam babkę. Było nam doskonale. Wcale nie żałuję, że stół nie uginał się od jedzenia i nie siedzieliśmy przy nim całą gromadą, bo naprawdę odpoczęłam. W końcu miałam chwilę żeby wyciągnąć nogi i to w ciągu dnia 😉

Skąd u nas takie dążenie do perfekcji, którą chcemy zaimponować, tudzież udowodnić coś innym? Myślę, że z dzieciństwa. To tam wszystko się zaczęło. Gdy patrzyłyśmy właśnie na nasze mamy i babcie, które chciały wszystkim dogodzić. Gdy wszystko musiało być zgodnie z zaplanowanym porządkiem, a na uznanie trzeba było sobie zasłużyć. Czasami nawet trzeba było zasłużyć na akceptację czy miłość. Perfekcjonizm w mojej opinii nie jest zjawiskiem naturalnym. Jest on raczej wyrazem pewnych deficytów, braku uwagi, akceptacji czy nawet poczucia odrzucenia, które gdzieś głęboko pod powierzchnią nosimy w sobie.

Czasami długie, długie lata zajmuje zrozumienie, że nie warto się zażynać dla uciechy innych, by im coś pokazać czy udowodnić. Trzeba też nauczyć się, że nie wszystko w naszym życiu musi być perfekcyjne, wystarczy, że będzie po prostu dobre. Są wisienki, które warto ułożyć perfekcyjnie na torcie, ale są też smażone jabłka, które mogą być rozciapane na szarlotce, a jedno i drugie ciasto będzie pyszne 😉

– PRESJA BOGACENIA SIĘ –

Podobnie jak presja rozwoju także presja bogacenia się wkrada się cichaczem, tylnymi drzwiami do naszych dusz. Uwidacznia się jako „głos”, który każe nam wciąż iść po więcej. Bo fajnie jest mieć więcej.

Autorzy wielu motywacyjnych książek czy serwisów pieją, że możesz mieć ile chcesz, musisz tylko po to sięgnąć. Media lansują imponujące kariery znanych i bogatych. Programy o bajecznych domach możnych tego świata też potrafią zamieszać w głowie. A potem to już tylko kwestia czasu, kiedy budzić się będzie w Tobie mniej lub bardziej żądna pieniądza poczwara, żeby nie powiedzieć bestia.

Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że pieniądze są złe, szczęścia nie dają itp. Nie, nie – nic z tych rzeczy. Ale chcę powiedzieć, że zła jest ślepa pogoń za pieniędzmi. Dla mnie pieniądze są ważne i też mamy z mężem ambitne cele finansowe, ale… działamy krok po kroku, etap za etapem. Planujemy, szacujemy, pracujemy, działamy, jednak nie przypomina to pogoni. Staramy się godzić różne ważne dla nas elementy życia, tak by nie stracić równowagi i nie upaść. Myślę, że o to w tym chodzi.

– – –

Jak nie dać się zwariować? Jak wybierać to, co dla nas najlepsze? Jak potrafić rozpoznać dążenia od zewnętrznej presji? W moim odczuciu jest tylko jeden skuteczny sposób – żyć świadomie, w zgodzie ze sobą, słuchać siebie i o sobie nie zapominać. Wtedy pomimo, że trudno, to jednak da się 🙂

6 zdrowych nawyków w dbaniu o zdrowie.

zdrowie

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać jak ważne i cenne jest nasze zdrowie. Wszyscy chcemy być zdrowi, ale tak naprawdę niewielu z nas dba o zdrowie na codzień. Tłumaczymy się brakiem czasu czy obowiązkami zawodowymi i ja to rozumiem, ale w moim odczuciu mniej czasu kosztuje nas codzienne dbanie niż chorowanie. My od kilku lat jesteśmy dużo zdrowsi, czemu zawdzięczamy ten stan?

  1. Zacznę nietypowo – Jemy miód każdego dnia! Jakkolwiek to zabrzmi stanę się chyba rzeczniczką promującą miód w codziennej diecie 😉 Miód pomimo swojej kaloryczności nie tuczy – tu od razu informacja dla tych, którzy dbają o formę. Zaczęliśmy regularnie włączać miód do swojej diety 5 lat temu, kiedy mój mąż zajął się pszczelarstwem i założyliśmy własną pasiekę. Nie wspomnę o spektakularnych skutkach kuracji jadem pszczelim, jaką przymusowo przeszedł mój mąż 😉 Alergik do potęgi, nękały go choroby wszelkiej maści, ale od kiedy jest pszczelarzem alergia zelżała, a choruje 90% mniej. Miód je też nasza starsza córka, bo Mimi jest jeszcze zbyt mała, ale tutaj chcę powiedzieć mamom, że warto włączać miód do diety dziecka, bo oprócz właściwości leczniczych zawiera on mnóstwo mikroelementów i witamin. Warto zaopatrzyć się w miód bezpośrednio od pszczelarza, bo te na półkach sklepowych – nawet oznaczone bio – nie zawsze są w 100% naturalne. Wiem, bo trzymam rękę na pulsie. Trudno, by w listopadzie naturalny miód był wciąż płynny. Są pewne gatunki, które długo nie krystalizują, ale większość powinna mieć już konsystencję stałą. Także polecam miód – zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym (tylko nie do gorącej herbaty! Max 40 stopni Celsjusza), ale także latem do lemoniady czy deserów.
  2. Zdrowa dieta każdego dnia. Nie mówię, że nie jadamy nigdy parówek czy pop cornu. Chyba nie w tym rzecz. Jemy generalnie wszystko, ale kiedy wybieram parówki dla mojej rodziny staram się wybrać te bez żadnych E…, sztucznych dodatków oraz z możliwie największą zawartością mięsa. Ta sama zasada dotyczy wszystkiego, co kupuję dla nas do jedzenia. Staram się planować czas na zakupy, by nie robić ich w pośpiechu i nie wkładać do koszyka byle czego. Jemy różnorodnie, gotuję obiady, staram się wplatać do naszej diety dużo warzyw oraz owoce. Produkty niezdrowe takie jak słodycze, chipsy, colę też można spotkać w naszym domu, ale rzadko i z umiarem.
  3. Aktywność fizyczna. W obecnym stanie ja żadnego sportu nie uprawiam, ale… mam dwójkę dzieci, więc każdego dnia około godziny-dwóch spaceruję. Latem nawet więcej. Są to dość energiczne spacery, czasami graniczące z truchtem 😉 Niemniej jednak oboje z mężem zgodnie stwierdzamy, że ruch i aktywność fizyczna w każdej formie są dla nas bardzo ważne i staramy się spędzać w ruchu wiele wolnych chwil. Preferujemy je znacznie bardziej od wylegiwania się przed telewizorem, choć wyleżeć się też jest czasem dobrze. Patrz punkt 4ty 😉
  4. Odpoczynek! W moim odczuciu jest niezwykle ważny dla zachowania zdrowia i dobrej formy. Po pierwsze dlatego, że potrzebujemy się zregenerować, a po drugie dlatego, że nie jesteśmy w stanie pracować cały czas i czuć się świetnie. My staramy się przeznaczać w każdym tygodniu dzień lub większość dnia na konkretny odpoczynek, nie zabieramy się wówczas nawet za żadne prace domowe. Najczęściej zabieramy wtedy dzieci i jedziemy gdzieś pospacerować, do kina, do restauracji czy gdziekolwiek chcemy i cieszymy się tym czasem beztroski i chwilami spędzonymi w swoim gronie. Latem spędzamy wolne chwile bardziej aktywnie, a zimą zależy od pogody.
  5. Dbamy o naszego „ducha”, bo to, co wewnątrz nas przekłada się w ogromnej mierze na to, co dzieje się z ciałem – także na choroby. Zdrowie psychiczne jest tak samo ważne jak to fizyczne. Jeśli kumuluje się w nas stres bądź niepokój prędzej czy później objawy tego stanu rzeczy pojawią się w ciele. Mogą przyjąć postać nerwobóli, nawracających infekcji czy jeszcze innych zaburzeń. Nasze emocje i uczucia mają wpływ na ogólny stan naszego zdrowia, dlatego… warto pracować nad stanem naszego życia i naszego umysłu. Jak to robię ja w praktyce? Po pierwsze staram się wybierać w życiu ścieżki, którymi chcę podążać. Zwykle są one trudniejsze i bardziej wymagające, ale te łatwiejsze często kosztują mnie więcej negatywnych emocji w dłuższej perspektywie, bo po prostu nie pojawia się na nich satysfakcja, radość i zadowolenie z życia. Po drugie dbam o swoje wnętrze. Staram się na bieżąco rozładowywać swoje emocje – jak? Płaczę, gdy jest mi źle, krzyczę, gdy jestem zła i rozładowuję stres oddychając nieco głębiej i więcej, niż zazwyczaj 😉 Takie małe, ale codzienne czynności zmieniają jakość zdrowia psychicznego o 180 stopni.
  6. Badamy się – w miarę możliwości regularnie. Co roku w okolicy moich urodzin robię cytologię – to pozwala mi pamiętać o tym jakże ważnym badaniu. Zaraz po cytologii – usg piersi. Kontrolnie badania podstawowe. Raz w roku – to nie jest wspinaczka na Mount Everest 😉

Potrzeba trochę wysiłku i czasu żeby dbać o swoje zdrowie, ale jest to tak naprawdę niewiele w porównaniu z tym ile kosztuje nas chorowanie – nie tylko licząc wydatki na lekarzy i leki, ale biorąc pod uwagę przede wszystkim stres i lęk, jaki może powodować nawet niegroźna infekcja.