O czynnikach, które scalają związek.

co scala związek

Na naszych małżeńskich czy partnerskich szlakach nie brakuje wyzwań. Przede wszystkim każdy związek przechodzi kilka kluczowych etapów, z których każdy jest równie ważny. Jak o nich myślę to zawsze nasuwa mi się porównanie do formowania się zespołu, zaczerpnięte z teorii zarządzania. W myśl tej teorii każdy zespół (team) przechodzi przez cztery kluczowe fazy: forming (tworzenie, formowanie), storming (docieranie), norming (normowanie/stabilizowanie) i performing (realizowanie). Choć sfera miłości i biznesu to dwie inne bajki model ten w moim odczuciu funkcjonuje podobnie w nich obydwu.

 – CO SCALA NAS NA POCZĄTKU? –

Kiedy się poznajemy nie wiemy o sobie nic – przynajmniej na poziomie świadomym, bo podświadomość jak wiadomo kroczy własnymi ścieżkami, które wybiegają daleko poza to, co rozumiemy w danym momencie. Zdaniem wielu badaczy to właśnie nasza podświadomość decyduje o wyborze ludzi, którymi się otaczamy – zresztą, jak o wielu innych rzeczach 😉

Zatem na początku scala nas w pewien sposób „magiczna” siła, intuicja, zauroczenie, które podpowiada nam, że to może „ten” czy „ta” właśnie, z którą warto się związać. Początki związku są zwykle intensywne. Dużo rozmawiamy, dużo czasu ze sobą spędzamy i chłoniemy się bezkrytycznie. Pojawia się jakieś uczucie, więź. Zaczynamy dostrzegać co łączy nas na bardziej fizycznym poziomie – mam tu na myśli wspólne poglądy, zainteresowania, a może nawet cele. Finalnie zapada decyzja, że chcemy być razem.

– WSPÓLNE WARTOŚCI –

W kolejnych fazach rozwoju związku niezwykle ważne stają się dla jego trwałości wspólne wartości. Myślę, że niekoniecznie musimy w 100% podzielać wszystkie wartości partnera, ale jest pewien trzon w hierarchii każdego z nas, który w tym wypadku powinien być podobny. Trudno żeby razem było dwoje ludzi, gdy dla jednego z nich najważniejszy jest ład i porządek, a drugiemu na tym nie zależy – może jest to możliwe, ale nie wiem czy taki związek przetrwa długie lata. Wspólne wartości dają nam jasność naszych dążeń jako dwójki ludzi oraz każdego z nas z osobna. Łączą nas w tych dążeniach. Sprawiają, że chcemy wspierać drugiego człowieka. Tłumią w zarodku wiele niepotrzebnych konfliktów, bo sprawiają, że lepiej się rozumiemy.

Ale… wartości w dłuższej perspektywie mogą się zmieniać… a wtedy pojawiają się kryzysy.

– TRUDNOŚCI, PRZEZ KTÓRE PRZECHODZIMY –

Nikt z nas tego nie chce, ale tak już jest, że nawet najlepsze związki borykają się z mniejszymi lub większymi kryzysami. Zwłaszcza obecnie, kiedy tempo życia przyprawia o zawrót głowy. Problemy w związku są tymi, które bolą najbardziej. Zwłaszcza, gdy jesteśmy już w zaawansowanym stadium i zwłaszcza, gdy zależy nam na sobie. Bywa naprawdę trudno. Te trudności, przez które przechodzimy pokazują nam tak naprawdę, że związek to dwoje ludzi – dwa odrębne jabłka, a nie dwie połówki jednego jabłka! Będąc ze sobą dłużej nie unikniemy poważnych zmian jakie będą zachodzić w życiu naszym lub partnera, nie unikniemy przewartościowania w różnych sferach życia, nie unikniemy kłótni, rozterek, trudnych momentów. Najważniejsze, to żeby mimo wszystko zależało nam na tym, by znaleźć do siebie drogę. Znaleźć ją w nowych okolicznościach. Spróbować iść dalej. Spróbować zaakaceptować zmianę i dopiero później oceniać, czy nam z nią dobrze czy nie. Trudności, przez które przejdziemy dadzą nam siłę do dalszej wspólnej drogi.

– SZCZERA KOMUNIKACJA –

Nie ma nic gorszego niż niedomówienia, ciche dni, brak rozmowy i brak szczerego mówienia o tym, co nam na sercu leży. Mam takie poczucie, że będąc razem i chcąc być nadal razem musimy być wobez siebie szczerzy, ale nie tak na wpół szczerzy albo szczerzy wtedy kiedy nam pasuje, ale zawsze – niezależnie od tego, czy nasze szczere wyznania przypadną partnerowi do gustu czy nie. Mamy z mężem na swoim koncie takie doświadczenia, że czasami nam się coś „rozjeżdża”. Nie zawsze kierunek, w którym chce iść ta druga osoba jest zgodny z naszymi oczekiwaniami czy pomysłem na wspólne życie. Pytanie, czy jesteśmy chętni spróbować, zaakceptować, zrozumieć, coś zmienić?

Nie ma ludzi idealnych i nie ma związków idealnych, ale mamy wpływ – i to niebagatelny! – na przepływ komunikacji pomiędzy sobą, na poziom szczerości, na który potrafimy się zdobyć i na to, czym chcemy się ze sobą podzielić, a czym nie.

– SZACUNEK –

Niby to oczywiste, ale jednak… Według mnie szacunek to jedna z kluczowych wartości, które scalają związek. Przejawia się we wszystkim. Począwszy od sposobu w jaki ze sobą rozmawiamy, skończywszy na tym, jak się traktujemy – długoterminowo. Chcę tu położyć nacisk zwłaszcza na to, co dzieje się pomiędzy ludźmi z czasem, liczonym już raczej w latach. Bez szacunku dla siebie samego, partnera czy dzieci trudno budować wartościowy, dobry związek na lata.

– MÓWIENIE O SWOICH POTRZEBACH –

Może nam się to wydać bardzo egoistyczne, ale wierzcie mi lub nie, moim zdaniem mówienie o tym, czego JA potrzebuję jest kluczem do zdrowego funkcjonowania związku. Oczywiście jeśli druga strona też nam swoje potrzeby komunikuje 😉 Może wydawać się to banalne, ale nie można milczeć o tym, czego chcemy, czego potrzebujemy, co nam się nie podoba, co w nas siedzi. Milczenie rodzi niezrozumienie, a to pociąga za sobą konflikty i/lub wzajemne oskarżenia.

– ŚWIADOMOŚĆ, ŻE NIE MUSIMY BYĆ RAZEM, ALE CHCEMY –

„Chcę” – słowo klucz. Od początku naszego związku z mężem wyznajemy taką zasadę, że chcemy ze sobą być, ale nie musimy. Oczywiście teraz, kiedy są dzieci sytuacja jest bardziej skomplikowana, jednak nadal podtrzymujemy to stanowisko. I właśnie to, że mamy dzieci sprawia, że wcale nie zależy nam mniej, a bardziej, ale nie ze względu na dzieci a ze względu na życie, które ze sobą tworzymy. Mimo wszystko nigdy nie powiedziałam mojemu mężowi, że nie może odejść, tak jak on nie powiedział tego mnie. Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ślub cywilny w pewnych gronach naszych znajomych zawrzało. Niektórzy delikatnie podpytywali „dlaczego?”. Nie była to popularna decyzja w naszym środowisku. Pamiętam, że kiedy jedna z moich przyjaciółek właśnie w taki delikatny sposób zapytała mnie „dlaczego?” odpowiedziałam jej właśnie, że „święty węzeł” nie jest dla nas gwarancją niczego – nie w tych czasach. Udać nam się może tylko jeśli naprawdę i konsekwentnie będziemy chcieć być ze sobą, mając jednocześnie świadomość, że któreś z nas w jakimś momencie może przestać chcieć. Takie podejście wbrew pozorom dodaje nam sił.

* * *

Im dłużej jestem w związku i im dłużej mamy dzieci, tym trudniej jest ciągnąć to dalej. Wiem, że to może brutalne wyznanie, ale tak jest. Z biegiem czasu wcale nie zmniejsza się poziom trudności bycia z drugim człowiekiem. Z biegiem czasu pojawiają się nowe, często bardziej wymagające wyzwania. Z biegiem czasu zmieniamy się my i zmieniają się nasi partnerzy. Z biegiem czasu życie rodzinne też wchodzi na wyższy poziom trudności. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto, ale trzeba mieć świadomość tego, że dzielenie życia z kimś to nie słodkopierdząca komedia romantyczna, to jest życie – we wszystkich jego przejawach.

Presja

presja

Można odnieść wrażenie, że wisi nam tuż nad głową albo siedzi z tyłu głowy. Wciska się powoli w nasze życie niemal niezauważona. Zakrada się jak najlepszy złodziejaszek. Kradnie wiele cennych drobiazgów z naszych dusz, serc i umysłów. Bywa jednak, że porywa się na większe łupy, wtedy zaczyna dokuczać.

Presja pojawia się w naszych zwyczajnych życiach coraz częściej. Niestety dzieje się tak za sprawą wielu czynników i okoliczności świata, w którym przyszło nam żyć. Tym, co niepokoi mnie najbardziej jest fakt, że długotrwała presja ma w istocie negatywny wpływ na nasze życie i nas samych, a w dłuższej perspektywie na nasze dzieci i kolejne pokolenia. Coraz więcej zależy od naszego nastawienia i świadomego podejścia do życia oraz rozwoju.

– PRESJA CZASU –

Zna ją chyba każdy z nas. Najbardziej może dokuczać nam w pracy, gdzie oczekuje się od nas wykonania wielu zadań na już, a najlepiej na wczoraj, ale… Dokuczać będzie także przedsiębiorcom działającym na własną rękę, bo przecież także oni nie mogą się rozdwoić, a oczekiwania klientów rosną. Bywa jednak tak, że równie mocno dokucza nam w naszym codziennym, rodzinnym życiu, bo od ilości obowiązków domowych też głowa boli. Zintegrowanie masy zadań własnych, zawodowych, domowych oraz tych związanych z dowożeniem i odbieraniem dzieci nie jest łatwym zadaniem, a na pewno nie ułatwiają go wielkomiejskie korki. Presję czasu odczuwamy chyba najbardziej dotkliwie, bo często i też najszybciej, może przybrać ona postać frustracji związanej z niemożliwością pogodzenia wszystkiego w tym samym czasie. Jakie rozwiązanie opracowaliśmy my dla naszej rodziny? Staramy się planować możliwie z dużym wyprzedzeniem najważniejsze punkty naszego grafiku. O wszystkim mówimy sobie nawzajem, prowadzimy wspólny kalendarz, a ponad to kluczowe sprawy do załatwienia zapisujemy na karteczce planując je na tydzień z góry. Zakupy zasadniczo robimy dwa razy w tygodniu. Ja staram się w miarę dokładnie planować nasz jadłospis, a zwłaszcza obiady, tak żebym miała potrzebne składniki w domu. Takimi małymi krokami udaje nam się funkcjonować we względnym spokoju, choć oczywiście wiadomo, że bywają sytuacje nieprzewidziane, ale nawet wtedy łatwiej im sprostać.

– PRESJA ROZWOJU –

Ten rodzaj presji zakrada się w nasze życie najbardziej podstępnie, powiedziałabym nawet niepostrzeżenie. Wynika z kreowania przez wszelkie środki masowego przekazu kultury sukcesu oraz bogactwa, no i tak dodatkowo bycia fit. Efektem tego zjawiska jest towarzyszące nam poczucie braków w naszym życiu i potrzeba dążenia do wszelkiego rodzaju celów, nawet jeśli nie jest to nasza wewnętrzna potrzeba, wszak nie wszyscy pragniemy tego samego.

Jeszcze kilka lat temu zauważalny był w naszym społeczeństwie przymus pójścia na studia. Nasi rodzice, nauczyciele i generalnie wszyscy „dorośli” tłumaczyli nam, że jest to gwarancja znalezienia „dobrej” pracy oraz osiągnięcia sukcesu. Politycy szczycili się bardzo wysokim odsetkiem magistrów w społeczeństwie na tle nawet tych rozwiniętych krajów Europy. Tylko moim zdaniem wcale nie ma się czym szczycić, bo odsetek magistrów to jedno, a poziom zadowolenia z życia obywateli to drugie. Wkrótce na własnej skórze wielu magistrów przekonało się, że tytuł to jedno, a rynek pracy to drugie.

Tym, co najbardziej niepokoi mnie w zjawisku presji w zakresie rozwoju jest fakt, że przenosimy ją na nasze dzieci. Ostatnio sporo mówi się o zbyt dużym obciążaniu dziećmi zajęciami pozaszkolnymi. Patrząc na niektórych rodziców mam wrażenie, że chcieliby wyprzedzić własne dzieci, uchylić im nieba i wypchnąć na wyżyny, tylko nie bardzo wiem czego… Uważam, że jako rodzice powinniśmy wspierać rozwój naszych dzieci, ale wspierać nie oznacza przeć na oślep. To, że dziecko przejawia zainteresowanie tańcem wcale nie znaczy, że za rok powinno startować w zawodach. Pisze też o tym Jesper Juul w jednej ze swoich książek. Twierdzi on, że zawody i konkursy niszczą dziecięce zainteresowania. Mam takie samo zdanie. Wszak jeśli ja zainteresuję się gotowaniem to czy jest to równoznaczne ze startowaniem w konkursie na kucharza roku? Nie! A nasze dzieci często są właśnie w ten sposób kierowane przez nas czy innych przewodników w ich małym życiu. Efektem w dłuższej perspektywie będzie bunt lub totalne zagubienie – takie jest moje zdanie. Rozwój, zdrowo rozumiany rozwój, jest naturalną potrzebą każdego człowieka, wystarczy nauczyć się słuchać siebie i nie bać się podążyć (nie gonić!) za tym, co usłyszymy. I tego powinniśmy uczyć naszych podopiecznych.

– PRESJA PERFEKCJONIZMU –

To dotyczy zwłaszcza nas – kobiet. Podejrzewam, że zaszczepiły nam to pokolenia naszych mam i babć, a im poprzednie. Niestety nasze pokolenie wciąż dość intensywnie podejmuje tą pałeczkę bycia perfekcyjną, ale w istocie nie dla samej siebie, lecz by zaimponować innym – często także kobietom – mamom, teściowym, ciociom, koleżankom itd.

Swoją pokazową formę zjawisko to przybiera w okresie Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz przy okazji większych spotkań rodzinnych. Dom wysprzątany, okna wymyte, trawniczek wykoszony, jedzenia ugotowane jak dla armii, uśmiech na twarzy dolepiony, ręce po pachy urobione, nogi napuchnięte, a w kręgosłupie strzela, ale to nic… „Niech zobaczą jak sobie świetnie radzę, niech mi tu nikt nie mówi, że pracując i mając rodzinę nie dam rady, ale też niech poczują ten smak doskonałej szarlotki – to moje popisowe ciasto.” Jeszcze 3-4 lata temu też tak miałam. Ale już wyrosłam z tego. Na ostatnie Święta Wielkanocne zostaliśmy w domu sami. Zjedliśmy barszcz i jajko – w piżamie. Potem jakiś obiad. Upiekłam babkę. Było nam doskonale. Wcale nie żałuję, że stół nie uginał się od jedzenia i nie siedzieliśmy przy nim całą gromadą, bo naprawdę odpoczęłam. W końcu miałam chwilę żeby wyciągnąć nogi i to w ciągu dnia 😉

Skąd u nas takie dążenie do perfekcji, którą chcemy zaimponować, tudzież udowodnić coś innym? Myślę, że z dzieciństwa. To tam wszystko się zaczęło. Gdy patrzyłyśmy właśnie na nasze mamy i babcie, które chciały wszystkim dogodzić. Gdy wszystko musiało być zgodnie z zaplanowanym porządkiem, a na uznanie trzeba było sobie zasłużyć. Czasami nawet trzeba było zasłużyć na akceptację czy miłość. Perfekcjonizm w mojej opinii nie jest zjawiskiem naturalnym. Jest on raczej wyrazem pewnych deficytów, braku uwagi, akceptacji czy nawet poczucia odrzucenia, które gdzieś głęboko pod powierzchnią nosimy w sobie.

Czasami długie, długie lata zajmuje zrozumienie, że nie warto się zażynać dla uciechy innych, by im coś pokazać czy udowodnić. Trzeba też nauczyć się, że nie wszystko w naszym życiu musi być perfekcyjne, wystarczy, że będzie po prostu dobre. Są wisienki, które warto ułożyć perfekcyjnie na torcie, ale są też smażone jabłka, które mogą być rozciapane na szarlotce, a jedno i drugie ciasto będzie pyszne 😉

– PRESJA BOGACENIA SIĘ –

Podobnie jak presja rozwoju także presja bogacenia się wkrada się cichaczem, tylnymi drzwiami do naszych dusz. Uwidacznia się jako „głos”, który każe nam wciąż iść po więcej. Bo fajnie jest mieć więcej.

Autorzy wielu motywacyjnych książek czy serwisów pieją, że możesz mieć ile chcesz, musisz tylko po to sięgnąć. Media lansują imponujące kariery znanych i bogatych. Programy o bajecznych domach możnych tego świata też potrafią zamieszać w głowie. A potem to już tylko kwestia czasu, kiedy budzić się będzie w Tobie mniej lub bardziej żądna pieniądza poczwara, żeby nie powiedzieć bestia.

Wcale nie chcę przez to powiedzieć, że pieniądze są złe, szczęścia nie dają itp. Nie, nie – nic z tych rzeczy. Ale chcę powiedzieć, że zła jest ślepa pogoń za pieniędzmi. Dla mnie pieniądze są ważne i też mamy z mężem ambitne cele finansowe, ale… działamy krok po kroku, etap za etapem. Planujemy, szacujemy, pracujemy, działamy, jednak nie przypomina to pogoni. Staramy się godzić różne ważne dla nas elementy życia, tak by nie stracić równowagi i nie upaść. Myślę, że o to w tym chodzi.

– – –

Jak nie dać się zwariować? Jak wybierać to, co dla nas najlepsze? Jak potrafić rozpoznać dążenia od zewnętrznej presji? W moim odczuciu jest tylko jeden skuteczny sposób – żyć świadomie, w zgodzie ze sobą, słuchać siebie i o sobie nie zapominać. Wtedy pomimo, że trudno, to jednak da się 🙂